Archiwum kategorii ‘Uncategorized’
Ekologia – eufemizm klęski ludzkości
Skora już mowa o kryzysie ekonomicznym i upadku wartości. Przecież środowisko naturalne które nas otacza wegetuje. Ekologią nazywamy respirator inwestycyjny podtrzymujący środowisko w stabilnym stanie. Bez ograniczeń emisji dwutlenku węgla, benzyny bezołowiowej, ograniczeń połowów i setek innych zakazów – na segregacji śmieci kończąc, naturalny ekosystem planety dawno byłby zniszczony. Nie licząc oczywiście zillionów zainwestowanych w źródła energii odnawialnej.
Wojna na potencjał ekonomiczny oznacza dzisiaj wojnę na potencjał przemysłowy. Chiny są fabryką świata, a USA sklepem świata, cała reszta to nabywcy. Zmniejszenie emisji oznacza zmniejszenie produkcji lub wzrost jej kosztów. Tak czy inaczej, wzrost cen – czego nie chcą ani Chiny anie USA. Dlatego sens walki o tak zwaną ekologię sprowadza się do hasła “alterglobalistów pikietujących szczyty gospodarcze”. Ekonomia rządzi ekologią. W pewnym sensie to równanie filozoficzne, dotyczące bowiem wartości.
Myślę, że dzisiejszy świat można zdefiniować przez Technologię reprezentującą dzisiaj Komunikację, Ekonomię i Ekologię.
“Obawiam się, że obudziliśmy giganta i tchnęliśmy w niego wolę walki.”
To swoisty paradoks demokracji ery cyfrowej – kiedy internetowe korporacje występują w obronie wolności bardziej zdecydowanie niż demokratyczne rządy. Bez względu czy realizują przy tym również swoje cele, podmioty internetowe wydają się bliższe ludziom pod względem wyznawanych wartości niż ich własne, narodowe rządy. Polityczny establishment żyje wciąż w świecie sloganu “It’s the economy, stupid”, tymczasem społeczeństwa pozbawione perspektyw ekonomicznych od dawna oczekują świata mieszczącego się w “Don’t be evil”.
Protesty internetowe, sieciowe akty nieposłuszeństwa obywatelskiego, aktywna walka z obecnym systemem przez współczesnych graficiarzy – hakerów, to syndromy zmian. Dziś już nie maluje się napisów na murach, nie rzuca na pikietach kostką brukową ani nie pali flag. To, że protesty pozbyły się swojej fizycznej formy nie oznacza jednak, że ich ładunek emocjonalny jest inny od tego z przeszłości. Politycy muszą to zrozumieć. Społeczeństwo obywatelskie, które tak usilnie próbują kreować agendy rządowe w praktyce już istnieje i ma się dobrze. Tyle tylko, że nagle okazało się, że nie jest zaprogramowane tak jakby chcieli tego politycy. W tym kontekście “debiut medialny” nowego ministerstwa cyfryzacji można porównać do dziewiczego rejsu Titanica. To, bardziej niż wymowny, koniec pewnej epoki. Analogia ta odnosi się również do góry lodowej, której większość skrywa się pod powierzchnią. Podobnie ACTA to tylko fragment wyzwań ery cyfrowej, które trzeba wcześniej czy później rozwiązać.
Ważniejszą jednak sprawą niż obecna histeria medialna, stymulowana niewątpliwie przez służby PRowe obu stron, jest dla mnie kwestia próżni moralnej wypełnianej przez podmioty takie jak Google czy Wikipedia. Paradoks ten, polegający na większym zaufaniu do ponadnarodowych metaorganizacji niż bezpośrednio obieralnych narodowych reprezentacji powinien dawać do myślenia. Dlatego obecne protesty i starcia internetowe należy traktować jak element budowania samoświadomości globalnego społeczeństwa ery cyfrowej. Ludzie uczą się, że blokowanie stron jest równie skuteczne jak blokowanie ulic, a komentarze na profilach polityków w istocie niczym nie różnią się od pytań na wiecach wyborczych. Jak dla mnie społeczeństwo cyfrowe rozpoczęło dzisiaj proces “odkłamywania demokracji”, a pojęcie “wspólnota” wymknęło się traktatowym regulacjom i ograniczeniom geograficznym.
Właśnie obserwujemy, że społeczeństwa potrafią szybciej i skuteczniej niż rządy zorganizować się w walce o swoje prawa. Od dawna szykowana, “tajna” operacja może i odniesie krótkoterminowy sukces jednak kosztem społecznego przebudzenia z którym nie można wygrać.
Beyond SOPA Controversy
Inicjatywy ustawodawcze są wynikiem pewnego procesu: zespołu działań i argumentów. Wynikają z chęci ujęcia w określone ramy otaczającej człowieka rzeczywistości. Tyle tylko, że każdy z nas nosi w sobie pewną subiektywną rzeczywistość. Dlatego myślę, że Kontrowersja SOPA jest właśnie zderzeniem dwóch punktów widzenia współczesnego świata. Pisałem ostatnio o tyranii kapitału która zamienia człowieka w towar. SOPA, podobnie jak Copyright (z którego wypływa), sprowadza ludzką twórczość do towaru, którego jedynym celem jest przynoszenie zysków. Z drugiej strony padają argumenty o tym, że twórczość powinna być wolna ponieważ to właśnie ona stanowi siłę napędową ludzkości.
Bez względu na to jak potoczą się losy ustawy, już dzisiaj można powiedzieć kto wygra w tym wyścigu. Jak powiedział George Patton “Fortyfikacje są pomnikami ludzkiej głupoty”. Doskonale pasuje to do polityki zwolenników Copyright w dotychczasowym kształcie skupiającej się na restrykcjach, zabezpieczeniach, szyfrowaniu i wszelkiego innego typu ograniczeniach. Bez względu na to, czy tego chcemy czy nie, za sprawą internetu Copyright de facto wyszły z użycia. Nie da się zamknąć raz otwartej puszki Pandory.
Dzisiejszy świat dzieli się na ludzi patrzących na niego z dwóch różnych punktów przynależnych ich światopoglądowi i doświadczeniu. ”Nowy świat” to świat młodego pokolenia, które wychowało się i żyje w świecie smartphone’ów, Skype’a, YouTube’a, blogów, Creative Commons i social media – czyli narzędzi zaprojektowanych z “myślą o łamaniu praw autorskich”. Dlatego porozumienie ze “starym światem” wychowanym i żyjącym w świecie komputerów PC, “telefonu komórkowego”, telewizji, prasy, copyright, e-maila i “internetu do czytania” (read-only-internet) jest tak trudne.
Dzisiejszy problem polega na zderzeniu “systemu ochrony praw twórców” a “systemu eksplozji twórczości”.
Na to wszystko nakładają się także zmiany modeli biznesowych (ekonomicznych), również będące wynikiem wchodzenia przez cywilizację w epokę cyfrową. Jak ujmuje to Freeconomia “The dominant business model on the internet today is making money by giving things away”. Dzisiejsza ekonomia w coraz większym stopniu opiera się na 1 procencie płacących za wersję premium i 99 procentach korzystających za darmo z podstawowej wersji produktu (czego najlepszym przykładem jest ten blog na WordPress). Dzisiaj w biznesie podstawowa zasada pierwszeństwa brzmi: “Be the first to give away what others charge for“.
Żyjemy w czasach, w których na najlepszych uczelniach na świecie połowa informacji jaką student otrzymuje na I roku jest już nieaktualna w chwili gdy odbiera dyplom (na większości polskich uczelni wiedza przekazywana studentowi jest już nieaktualna w chwili przekazywania). Wykładam obecnie na sześciu różnych uczelniach w 4 miastach i widzę, że studenci nie potrafią odnaleźć zastosowania dla wiedzy uzyskiwanej na wykładach ze względu na jej zacofanie. Teorie z lat ’60 czy ’80 nijak mają się do współczesnych problemów ponieważ zostały oparte, w najlepszym układzie, na praktyce I połowy XX wieku.
Prowadzi to do upadku autorytetu tradycyjnego systemu kształtowania młodych ludzi, których światopogląd formuje się właśnie w nowych mediach. Tym bardziej jałowe są dla mnie dyskusje (nie wspominając o działaniach) np. o misji telewizji publicznej. Dzisiaj publiczną telewizją młodych jest YouTube. Ukazuje to uwiąd polskich decydentów ze wszystkich stron sceny politycznej. Dla obecnego establishmentu internet to “technologia zła”. Zarówno politycy jak i przemysł fonograficzny żyje w przeszłości i inicjatywami takimi jak SOPA próbuje do niej wrócić, nie znajdując rozwiązania współczesnych problemów.
Zresztą uważana za liberalną Platforma Obywatelska przynajmniej czterokrotnie próbowała wprowadzić ograniczenia internetu w Polsce. Może to tłumaczyć brak reakcji na SOPA ze strony polskiego rządu - zobowiązanego przecież do ochrony wolności polskich obywateli nie tylko w kraju ale i na całym świecie. Może gdyby amerykański prokurator uzyskał sądowy nakaz zablokowania bloga Kasi Tusk doczekalibyśmy się jakiejś reakcji? Jak widać nie tylko amerykańskie władze nie radzą sobie z regulacją nowej przestrzeni publicznej jaką jest internet. Zresztą i to jest dyskusyjne, bo czy mój blog lub profil jest przestrzenią prywatną czy publiczną? Co z transgranicznnością prawa w czasach internetu? Odsuwanie tych problemów i pytań nie sprawi, że same się rozwiążą.
Przy okazji SOPA warto też zwrócić uwagę na tak utrwaloną, że w praktyce niedyskutowalną semantykę problemu. Pojęcie piractwa komputerowego (fonograficznego) opisujące zorganizowaną przestępczość czerpiącą zyski z tłoczenia nielegalnych nośników zostało przeniesione na każdego, kto w dobrej wierze ilustruje swoją prośbę postacią kota ze Shreka. Etymologia słowa “piractwo” umieszcza piratów w grupie osób wykorzystujących rozbój, czyli kradzież połączoną z użyciem przemocy. Wpisuje się to w widoczny trend, którego elementem było nazwanie przez amerykański rząd twórcy Wikileaks, Juliana Assange ”terrorystą”. Moim zdaniem nie można unikać tego kontekstu dlatego, że w tym rozumieniu internet jako technologia zostaje uznana jako narzędzie przemocy. Przyjmując tą logikę - sam fakt wykorzystania sieci do nielegalnego kopiowania fotografii lub filmu oznacza zastosowanie przemocy fizyczbnej lub psychicznej. Wzmacnia to tylko poczucie wyjęcia spod prawa współczesnego społeczeństwa.
Myślę, że dyskusji nie podlega kwestia walki z piractwem. Nie jesteśmy przecież złodziejami. Problemem jest powszechna dzisiaj świadomość zwykłych ludzi, że sprawiedliwość zależy od pieniędzy. Przeciętny obywatel jest z definicji słabszą stroną w potencjalnym sporze prawnym z wielkimi korporacjami i prawnym aparatem biurokratycznym. Dużo łatwiej wyłączyć komuś bloga niż zablokować stronę koncernowi fonograficznemu.
W czasach social media każdy jest twórcą. To między innymi, odróżnia nas od świata XX wieku. Coraz trudniejsza do analizy jest też kwestia autorstwa, na co zwracałem uwagę w definicji social media – jeśli wpis na blogu jest komentowany, rozszerzany i syndykowany – co rozszerza (zmienia) jego przekaz – to czy uznanie autorstwa powinno dotyczyć tylko orginalnego tekstu (utworu)? Twórca wrzucając coś na blog czy YouTube z góry wie, że jego dzieło będzie modyfikowane. Zatem ex definitione jest współautorem. Co więcej, może to się zmnieniać w czasie – w social media treści mogą być przecież modyfikowane w nieskończoność, zatem ilość współautorów zawsze pozostanie kwestią otwartą i pozostanie trudna do ujęcia w zamknięte ramy. Nie mówiąc o możliwości oceny wkładu każdego z nich.
Może nie wszystkie te zagadnienia dotyczą bezpośrednio SOPA, ale w moim odczuciu wskazują że obecny system zarządzania prawami autorskimi jest anachroniczny. Być może dlatego, że powstał w czasach maszyny parowej?
Tyrania kapitału
Od swego zarania (czyli mniej więcej od neolitu) ludzkość była podzielona na wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych, toczących ze sobą nieustanną walkę. Dzisiaj opinia społeczna, będąca przecież wytworem epoki mediów, ciągle poszukuje winnych kryzysu finansowego. Zwykle, jako odpowiedzialne wskazywane są rządy lub rynki finansowe. Prowadzi to do prostego wniosku, że obecnie to establishment pełni rolę wyzyskiwaczy. Tyle tylko, że w demokracjach jest on w dużym stopniu wybieralny (rządy) lub zmienny jak w korporacjach – ta zmienność zresztą jest wskazywana jako argument za tym, że w rzeczywistości ”klasa wyzyskiwaczy” nie istnieje.
Dlaczego o tym piszę? Ponieważ nie trudno odnaleźć analogię do podobnych dyskusji toczących się w czasie rewolucji przemysłowej pod koniec XIX wieku. Jej wynikiem był nie tyle postęp technologiczny, co postęp społeczny. Żyjąc w czasach rewolucji cyfrowej zderzamy się dokładnie z tymi samymi pytaniami na temat przyszłego kształtu społeczeństw. Tyle tylko, że wciąż zajmujemy się dyskusją o technologii a nie o skutkach jakie ona niesie.
Dlaczego wyzysk? I co wspólnego ma z tym XIX wiek i współczesna tyrania kapitału?
Klasa wyzyskiwana aby żyć (zaspokajać podstawowe potrzeby: fizjologiczne i bezpieczeństwa) musi posiadać kapitał, a jedyną drogą jego uzyskania w wystarczającej ilości nie jest już praca, ale kredyt udzielany przez klasę wyzyskiwaczy (rynki finansowe, które są obecnie swego rodzaju “chmurą” pozbawioną fizycznej reprezentacji w przeciwieństwie do XIX wiecznej burżuazji – dlatego nie da ich obalić przemocą jak postulowali komuniści). Dzisiaj kredytobiorcy są stawiani w tej samej, co kiedyś robotnicy sytuacji i perspektywie życiowej. Aby żyć muszą zgodzić się na zaciągniecie zobowiązań “niewspółmiernych do świadczeń wzajemnych”. Człowiek musi pracować całe życie na to, aby miał gdzie mieszać. Trudno nazwać to wzajemnością. Co symptomatyczne, obecne elity wprowadzają zmiany wydłużające wiek emerytalny, argumentując to wyłącznie czynnikami związanymi z rosnącą długością życia. Jakby ludzie byli jedynie “żywymi robotami” pozbawionymi innych, niematerialnych potrzeb. Dyktat rynków finansowych, tyrania kapitału – sprawia, że jesteśmy rozpatrywani jedynie z punktu widzenia naszego potencjału jako “siły roboczej”. Która to, po wyeksploatowaniu, jest bez skrupułów porzucana dla swojej tańszej wersji w biedniejszej części świata. Ważna dla dalszych rozważań jest również kwestia perspektyw, co do możliwości przyszłej poprawy jaką jest np. emerytura (odroczona, gwarantowana rekompensata wysiłku życiowego). Obecnie młode i średnie pokolenie jest pozbawione złudzeń w tym zakresie.
Przez ostatnie stulecia, rolę motywującą do życia pełniła religia – w kulturze zachodniej: chrześcijaństwo. Obecnie żyjemy w świecie kultu konsumpcjonizmu. Reklamy i marki pełnią role “świętych obrazków” przedstawiających raj, a centra handlowe – świątyń konsumpcjonizmu. Im mniej mamy, tym bardziej wizja konsumpcyjnego raju zastępuje nam rzeczywistość.
Tyrania kapitału polega na tym – jako to ujął jeden z francuskich filozofów – że kapitał robi z człowieka towar, a stosunki społeczne ustanowione przez kapitalizm przedstawiane są ludziom jako prawa natury niedostępne dla ich działania.
Myślę, że nie można rozpatrywać rozwoju mediów społecznych bez kontekstu – obecnej sytuacji ekomomicznej i społecznej. Pustka intelektualna jaka powstaje w wyniku komercjalizacji (tyranii kapitału) mediów masowych (de facto ich upadku jako “strażników demokracji”) jest wypełniana stopniowo przez media, a zatem również treści, społeczne (“The medium is the message”). Co ciekawe social media to pierwszy typ mediów który został jako pierwszy opanowany przez zwykłych ludzi a nie korporacje. Zwykle to firmy przodowały w wyznaczaniu trendów w obszarze nowości i adaptacji najnowszych technologii. Kapitalizm stworzył i oparł się na centralizacji, media społeczne są rozporoszone, a zatem trudne do zarządzania (kontroli).
Spójrzmy również na argumenty kapitalizmu wysuwane w kontrze do socjalizmu, według których porządek socjalistyczny niszczy fundamenty religii, moralności i kultury. Czy właśnie nie mamy do czynienia z taką sytuacją po stuleciu dominacji kapitalizmu? Czy dzisiajsza moralność, religia i kultura rozwijają się czy są w regresie?
Kolejne pytanie które podnoszą przede wszystkim ”Oburzeni” to: czy równość nie powinna oznaczać także równości ekonomicznej? Dlaczego dwudziestolatkowie zamiast myśleć o konsumpcjonizmie wykrzykują hasła o “chciwości korporacji”, o tym że: “banki odbierają nam nasze prawa”, “spekulują naszym życiem” czy “sprzeniewierzają naszą przyszłość”. Październikowe protesty odbyły się w prawie 1000 miastach w 82 krajach i choć ich skala z lokalnego punktu widzenia nie była duża (od kilkuset do kilku tysięcy osób w każdym z miast) był to niewątpliwie pierwszy protest ery sieci cyfrowych. Jak inaczej można wytłumaczy koordynację, spójność programową czy jednolitą strukturę wiekową uczestników pierwszego takiego protestu w historii planety?
Stare pokolenia próbują ratować tonący okręt który same stworzyły, a młode pokolenie nie zamierza brać w tym udziału.
Jak dla mnie zarysowuje się podział na – z jednej strony stare pokolenia i mass media, a z drugiej- na młodych i media społeczne. To truizm, bo młodzi rzeczywiście szybciej niż starsi adaptują nowe media jednak dotąd dyskusja sprowadzała się do technicznego aspektu tego procesu, co uważam za błąd.
Dlatego też pojęcia takie jak “hating” w odniesieniu do marek zaczynają nabierać nowego znaczenia.
Stone Age
Współczesny człowiek - “homo internetus” żyje wyobrażeniami rzeczywistości. Otacza nas ocean danych i informacji. Konsumujemy media jak nigdy dotąd. Każdy dzisiaj jest wieloplatformowym medium wytwarzającym codziennie posty, wpisy, fotki, filmiki, czy sms. Rejestrujemy wszystko co wydaje nam się ciekawe, inne, śmieszne, straszne – ogólnie inne, poza normą. Przecież “zwykłe” jest nudne, a to nikogo nie interesuje.
Z drugiej strony sami narzekamy na miałkość przekazów mediowych, tabloidyzację mediów i kulturę obrazkową. Na upadek wartości. Tyle tylko, że sami tacy właśnie jesteśmy. Sami staliśmy się mediami zabiegającymi o uwagę, uznanie. Sieciowa atrakcyjność stała się walutą społeczną. Wyznacznikiem znaczenia. My mamy swoje lajki na FB, a telewizja oglądalność. Używamy tych samych metod aby znaleźć się wyżej w rankingu. Wszyscy gramy w jednej wielkiej grze – metamediów.
Komunikacja jest dzisiaj wszystkim. Dzisiejsza konkurencja, wojna, relacje społeczne opierają się przede wszystkim na komunikacji. Komunikacja buduje nasz obraz rzeczywistości. Bez względu czy opieramy się na informacjach z mediów profesjonalnych czy z oddolnych (social mediów). Problem polega na tym, że dzisiaj subiektywość to nowa obiektywność. Szybkie pochłanianie newsów, krótkie filmiki, memy czy slajdy wyświetalają nam przed oczami setki informacji które trzeba jakoś zinterpretować [brzmi to prawie jak opis metod "prania mózgu" stosowanych w psychiatrii lat '50]. Pytanie: czy potrafimy połączyć jeszcze w całość ten nieustający strumień informacji? Co daje nam coraz większa ilość, coraz płytszych informacji? Może strumień staje się rzeczywistością samą w sobie?
Czy potrafimy odpowiedzieć sobie jaki świat zastaliśmy w 2012 roku?
Słowo “kryzys” w medycynie oznacza najcięższy okres w przebiegu choroby, przesilenie. To czas próby dla całego organizmu. Przyjmując zatem tą analogię – ekonomia powinna być tylko jednym z objawów. A co z resztą? Filozofowie mówią o kryzysie wartości - pisałem ostatnio o słowach Benedykta XVI i Lévy’ego, których nikt ze sobą nie połączył pomimo tego, że ich wypowiedzi dzieliło zaledwie kilka dni. Lévy’ego można określić Warholem współczenej filozofii, a Benedykt to przecież teolog, główny filozof chrześcijaństwa. Tymczasem wypowiedź Lévy’ego nie nadaje się na “mięso mediowe”, natomiast Benedykt jest postrzegany w Polsce jedynie jako najwyższy hierarcha kościelny i “pasterz”. Do tego wypowiedzi kleru o “upadku moralnym” nie nadają się przecież na głównego newsa, a nawet jeśli to najwyżej na 3 minutowy materiał.
Śródziemnomorski świat jaki nas stworzył objęła rewolucja.
Na południowym wybrzeżu mare nostrum, w Libii skończyła się wojna domowa. Protesty społeczne ciągną się od Maroko do Syrii. Pomiędzy ogarniętą chaosem ekonomicznym Europą, a buntującą się Afryką i Bliskim Wschodem wciśnięta jest Turcja. Rozdarta pomiędzy swoją islamską tożsamością, USA i rozbudowującą się rosyjską Flotą Czarnomorską. Otoczona z trzech stron potencjalnym konfliktem ma na zachodzie Grecję z którą toczy narodowy konflikt o Cypr. Turcy muszą grać na wszystkie strony, bo nie wiedzą gdzie najpierw wybuchnie konflikt, dlatego próbują nie zrazić żadnych przyszłych potencjalnych sojuszników.
Dlaczego ma wybuchnąć konflikt? Amerykanie wycofują się z Iraku i Afganistanu tworząc próżnię strategiczną w regionie drastycznych przemian politycznych i światopoglądowych. Iran demonstruje właśnie swoją pozycję, a przy okazji organizuje wielkie manewry marynarki pilnie obserwowane przez amerykańskie podwodne okręty atomowe. Największy wróg Iranu, Izrael zwiększa budżet obrony na 2012 ponieważ jak oficjalnie pisze Reuters w graniczącej z Izraelem Syrii odczuwa się “coraz wyraźniejszą groźbę regularnego powstania”.
“Dezerterzy” z armii syryjskiej, to regularne bataliony, zaopatrywane przez wciąż zakonspirowanych oficerów w strukturach dowodzenia, co dodatkowo zapewnia informacje wywiadowcze. Oddziały są koordynowane z terenu Turcji i pozostają stale w ruchu formując grupy uderzeniowe niszczące pojazdy i czołgi. Pozbawienie mobilności armii jest kluczowe dla przejęcia inicjatywy ponieważ Armia Wolnej Syrii nie posiada środków transportu. Doprowadzenie do wojny pozycyjnej i zamknięcie regularnej armii w miastach sprawi, że siły obu stron się zrównoważą. Mniej liczne, bardziej rozproszone siły będą mogły trzymać w szachu armię, będąc jednocześnie trudniejsze do zniszczenia.
Nie wiadomo jak potoczy walka militarna, ale już teraz miasta są w dużej części kontrolowane przez opozycję rozbudowującą struktury zbrojnego oporu. Al-Assad w oficjalnym komunikacie nazwał te grupy “uzbrojonymi bandami”. Przywodzi to na myśl jakże adekwatną analogię: “..ta gra słowami miała wpływ na pojmowanie legalności działań strony wojującej. Partyzanci tradycyjnie uchodzili (…) w powszechnych obyczajach wojennych – za kombatantów korzystających z ochrony prawnej. Tymczasem bandytów zawsze uznawano za przestępców i wyrzutków. Stąd pojęcie “walki z bandami” oznaczało po pierwsze zmianę klasyfikacji prawnej niektórych kategorii nieprzyjaciół, po drugie ich eksterminację.” (Phillip W. Blood).
Według amerykańskiej doktryny powstanie ludowe ma szansę na zwycięstwo tylko wtedy, kiedy zajdą łącznie trzy czynniki do których należą: wojna partyzancka, działania regularnej armii oraz wsparcie sojusznika z zewnątrz. W sumie trudno im się dziwić – tak własnie wywalczyli niepodległość (pokonując światowego hegemona, Imperium Brytyjskie z pozycji małej kolonii) i z tym przegrali w Wietnamie. To scenariusz który zrealizował się własnie w Libii – wojnie, w której zginęło 30 tys. ludzi, czyli dwa razy więcej niż Wermacht stracił w wojnie z Polską w 1939 roku. Lotnictwo NATO pełniło w tej rewolucji tą samą rolę co flota francuska podczas oblężenia Yorktown.
Problem polega na tym, że Rosjanie też czytali amerykańskie książki o wojnie i wiedzą, że w Syrii toczą już walkę oddziały zorganizowanej armii Wolnej Syrii oraz partyzanci w miastach. Brakującym i jednocześnie rozstrzygającym elementem sukcesu jest brak wsparcia sojusznika z zewnątrz. Dlatego pojawienie się rosyjskiej floty w syryjskim porcie, akurat w tym momencie może być różnie rozpatrywane. Obecność okrętów jest na pewno zaznaczeniem eksterytorialności bazy marynarki znajdującej się w Tartusie (Rosja chce ją zachować bez względu na wynik rewolucji). Jest ponadto przydatnym sprawdzianem dla marynarki wojennej, która jak się wydaje odegra znaczącą rolę w rozstrzygnięciu kontroli nad cieśniną Ormuz. Świadczą o tym manewry Irańczyków i przesunięcia amerykańskich okrętów.
Rosja żyje z eksportu surowców i nie może sobie pozwolić na zignorowanie kolejnego czynnika ryzyka wpływającego na ceny surowców na giełdach. Ciepła zima w Europie i mniejsze zamówienia z Ukrainy obniżyły przecież wpływy ze sprzedaży gazu. Polska oddała do arbitrażu swoją umowę z Rosjanami, a ewentualna podwyżka cen gazu w kraju jest politycznym samobójstwem przed nadchodzącymi wyborami prezydenckimi. Forsowane przez USA embargo na broń będące de facto wsparciem Syryjskiej Armii Wyzwolenia uderza też w drugie ważne źródło przychodów Moskwy – przemysł zbrojeniowy.
Nie bez znaczenia dla oceny sytuacji jest też sama arabska wiosna. Syria leży przecież zaledwie 600 kilometrów od dawnej radzieckiej granicy, a cała południowa granica Rosji jest muzułmańska. Ostatnią rzeczą jakiej dzisiaj potrzebuje Rosja jest rewolucja na Kaukazie, Kazachstanie czy w innych islamskich republikach. Dlatego Rosja dołączyła do Chin aby zawetować projekt rezolucji OZN potępiającej syryjski reżim argumentując, że “…uchwalenie rezolucji otworzyłoby drogę do interwencji zbrojnej takiej jak w Libii“.
Zresztą Chiny i Rosja wspólnie protestują też przeciwko Komisji Europejskiej nakładającej opłaty emisyjne CO2 na linie lotnicze.
W całej tej grze jest też Polska, która uzależniona energetycznie – walczy z Rosją o obniżenie cen gazu, a z Unią Europejską o limity emisji CO2 dla krajowych elektrowni w 90 proc. opartych na węglu.
Nie tylko zresztą energetyczne i ekonomiczne czynniki osadzają nasz kraj w środku współczesnych problemów.
Militaryzacja nie ominęła również Polski. Misje w Iraku i Afganistanie dały nam niezbędną wiedzę i doświadczenie wojskowe dostosowane do przyszłych konfliktów zbrojnych. Przez oba regiony przewinęło się około 25 tys. polskich żołnierzy, czyli statystycznie – co czwarty. Lata zaangażowania zaowocowały zmianami w taktyce, uzbrojeniu i logistyce (dowodzenie, działania sił specjalnych, wywiadu wojskowego, siły szybkiego reagowania, piechota zmotoryzowana, kawaleria pancerna i powietrzna). Jeszcze kilka lat temu polski żołnierz szedł na wojnę bez kamizelek ochronnych, noktowizorów, opancerzenia i w stalowym hełmie pamiętającym czasy II wojny światowej. Nie każdy kraj regionu jest w stanie wystawić samodzielny operacyjny korpus połączonych sił.
Czy zatem internet i nowe media dają nam przewagę? Czy nieograniczony dostęp do informacji prowadzi do zrozumienia świata, czy raczej obraz ten zaciemnia?
To co napisałem powyżej jest całkowicie subiektywne. Jednak znaczenie ma już tylko subiektywne spojrzenie, ponieważ ilość informacji i możliwych punktów widzenia wpływających na interpretację przekazu jest tak duża, że niemożliwa do opanowania.
Dlatego dzisiaj jesteśmy zdani sami na siebie w kwestii interpretacji rzeczywistości. Jesteśmy trochę jak człowiek neandertalski, który musi sam sobie poradzić – bez wiedzy naukowej tłumaczącej otaczający go świat.
Rewolucja cyfrowa
“Niewolniczy sposób produkcji prowadzi do stagnacji w technice, nie daje bowiem impulsu do wynalazków oszczedzajacych siłę roboczą”. Nie pamiętam gdzie to ostatnio przeczytałem (i cytuję z głowy), ale na pewno chodziło o wyjaśnienie dlaczego to właśnie w Europie a nie np. w Azji rozpoczęła się rewolucja przemysłowa (tzw. problem Needhama). Zastanawiam się czy da się sformułować prawo przeciwne? Ponieważ to właśnie zmiana w systemie pracy zapoczątkowała okres dynamicznego rozwoju ludzkości (“postępu”).
Piszę trochę w kontekście tego co napisał dzisiaj Lévy o “… likwidacji Europy i zdjęciu gorsetu demokratycznych zasad, które – jak w latach 30, nie przystają do czasów kryzysu”. Choć oczywiście z tą likwidacją Europy miał pewnie na myśli Europę jako ideę. W demokracji każde kontrowersyjne zmiany są możliwe do realizacji tylko podczas kryzysu. Przecież to właśnie teraz odpowiedzią polityków na kryzys jest regulacja systemu finansowego, ograniczanie decyzyjności niezależnych wcześniej instytucji i generalne zaciskanie pasa połączone z odbieraniem przywilejów praw nabytych. Wzmożona kontrola i poczucie misji “walki z kryzysem” prowadzi do “wyregulowania” czy też “poprawienia” zasad “nieprzystających do czasów kryzysu.”
Nowo wybrane rządy zastępują stare ekipy rządzące ze świadomością, że muszą wprowadzić widoczne zmiany podczas własnej kadencji. Co oczywiście nie będzie proste i nie zawsze możliwe. Jednak w pierwszym okresie korzystając z mandatu “rządu który ma powstrzymać kryzys” wprowadzają ograniczenia i plany oszczędnościowe, które przynoszą krótkoterminowe korzyści. Pytanie które stawia Lévy dotyczy tego, czy plany oszczędnościowe sięgną dalej niż tylko w sferę ekonomiczną naszego życia. Innymi słowy, czy uzasadniana kryzysem polityka większej ingerencji państwa w nasze życie nie wymknie się spod kontroli (w istocie idzie nawet dalej mówiąc że już się wymknęła na Węgrzech).
Przyznam, że dawno nie uderzyła mnie bardziej adekwatność wypowiedzi opisującej problemy współczesnej Europy. Lévy mówi “to nie jest kryzys finansowy”. Cała droga demokracji polegała na uwalnianiu coraz szerszych obszarów wolności (likwidacja segregacji rasowej, prawa kobiet, wolność seksualna, itd.). To kryzys wartości. Co ciekawe niecałe 2 tygodnie temu, na koniec 2011 roku Benedykt XVI również mówił o kryzysie wartości i “dezorientacji młodego pokolenia”. A trudno go uznać za akceptującego kierunki zmian w europejskich demokracjach. Dwóch filozofów z różnych stron mówi o tym samym.
Ekonomia, ekologia, duchowość – to obszary w których dokonuje się obecnie regres. Na drugiej szali mamy progres technologiczny. Czy zatem postęp technologiczny prowadzi do erozji wartości? A jeśli tak, to czy rzeczywiście żyjemy w czasach rewolucji cyfrowej?
Kiedy YouTube przegoni Google? I co dalej. Koniec ATL.
Nie da się ukryć, że dzisiejszy search to Google. Tyle tylko, że to wcale nie search tekstu. To search obrazów i wideo. Wystarczy spojrzeć na kontentową część internetu – coraz bardziej dryfującą w stronę “artykułów” w formie slideshow czy embed. Coraz powszechniejszym środkiem przekazu są aplikacje. To, że wprowadzamy zapytania w formie tekstu nie zmieniło się oczywiście – zmieniło się natomiast to, czego oczekujemy jako wyniku wyszukiwania. Dzisiaj forma jaką jest tekst to internetowa jesień średniowiecza. Przyszłość internetu to wideo, a YouTube to telewizja przyszłości. YouTube to Google.
Chciałby się powiedzieć: “Umarł król, niech żyje król”. Wszyscy czekają na tak zwany The Next Big Thing. Facebook, Facebookiem – ale co potem? Co będzie następne?
Następna będzie telewizja. Google to rozumie i przestawia powoli swój biznes. To owa “druga noga”. Dlaczego tego nie dostrzegamy? Bo najciemniej jest pod latarnią. Czy jednak dzisiejszym internautom chce się czytać? Co sobie najchętniej wysyłamy? Czy artykuły mają miliony views? Czy tego chcemy czy nie – jesteśmy dziećmi telewizji. Z drugiej strony nie ma co się dziwić. Zostawiając na boku technologie 3D czy augmented reality – przekaz filmowy, audio-wideo pokazuje świat w możliwie najwierniejszy sposób w jaki obecnie możemy go zdalnie przesyłać. Zawiera kontekst, emocje, ruch i wszystko to co oferuje nam świat rejestrowany wzrokiem. Jest najbardziej wierym odbiciem świata. Dlatego też najchętniej mu ulegamy. Dlatego telewizja jest masowa.
Czy klasyczna telewizja podzieli los innych mediów? Tak. Telewizja przyszłości to YouTube. To pierwszy globalny interaktywny kanał telewizyjny. Rośnie na naszych oczach. Co więcej YouTube uporał się z dwoma największymi wadami klasycznej telewizji: ramówką i blokami reklamowymi. W sieci możemy oglądać to co chcemy i kiedy chcemy. Ramówka to my. Ciekawa jest również kwestia tego w jaki sposób zbudowany został na poziomie koncepcji model emisyjny. YouTube przyzwyczaił nas od samego początku, że dłuższe formaty oglądamy w odcinkach. Taki układ sprawia, że pomiędzy kolejnymi częściami powstaje przestrzeń. Oczywiście na spoty reklamowe.
Model YouTube to nie bloki reklamowe tylko spoty reklamowe, emitowane w twojej własnej ramówce co 10 minut z możliwością wyłączenia nieinteresującej cię reklamy. Wujek Google wykorzystał tu najbardziej przetestowany na świecie model sprzedaży i emisji reklamy – AdWords. Założeniem tego modelu jest to, że reklama to też kontent. Im masz lepszy kontent tym bardziej jest on skuteczny (efektywny). YouTube to model efektywnościowy w reklamie telewizyjnej. Klikając w krzyżyk zamykający reklamę, mówisz że jest słaba. Z jakiegoś powodu. Nie zainteresowała cię, produkt nie dotyczy ciebie, została wyemitowana w nieodpowiedniej dla ciebie chwili (nie masz teraz czasu na oglądanie reklamy) albo sam spot jest mało kreatywny. Dzięki takiemu podejściu – długoterminowo YouTube buduje sobie dużo bardziej efektywny model sprzedaży reklamy niż obecna telewizja. Bo przecież o to właśnie chodzi. Kiedy zasięgi YouTube i stacji telewizyjnych zrównają się w określonych grupach, konkurencja zacznie się na efektywność. To oznacza również, że po raz pierwszy w historii małe firmy będzie stać na reklamę w telewizji. Zniknie znana nam z tradycyjnego rynku bariera wejścia w telewizję. Będziesz mógł kupić tyle spotów na ile cię stać albo ile potrzebujesz. Zmieni to również rynek ATL w obecnej formie. Gaże celebrytów, wieloletnie inwestycje w markę i spoty wyprodukowane za ciężkie miliony, będą konkurować z domowymi produkcjami małych firm, butików kreatywnych produkujących spoty za ułamek dotychczasowych kwot. Taki “trochę” większy rynek SEO/SEM.
YouTube to nie telewizja przyszłości ale telewizja jutra. Czasami mam wrażenie, że w kółko słyszę “the same old story”. Wszystkie media tradycyjne kolejno negowały przewagi internetu. Teraz internetowi pozostała tylko telewizja, która… uparcie twierdzi, że internet jej nie pokona. Tyle tylko, że problemem telewizji jest to, że o ile zajmuje się tym samym co YouTube to myśli o tym w kompletnie inny sposób. Zamiast ochrony widza – spamowanie reklamą, zamiast wyboru – przymus, zamiast modelu efektywnościowego – sprzedaż hurtowa. Zamiast otwartych, przejrzystych zasad biznesowych – system rabatów, rate cardów i kickbacków. Zamiast równego traktowania – lepsi i gorsi. Dlatego w najbliższych latach telewizja zacznie tracić.
The Next Big Thing już nie istnieje. Skończyły się czasy internetowego Dzikiego Zachodu, kiedy to jeden rewolwerowiec mógł podbić całe pogranicze. Przyszłość należy do chmury usług, konwergentnej oferty a nie pojedynczych “strzałów”. Google to dobrze rozumie i pewnie właśnie dlatego uda mu się zbudować pierwszą kompletną globalną chmurę, swego rodzaju “internet w internecie”. Dlaczego? Bo Chrome to nowy Windows (dzisiaj to własnie w przeglądarce spędzamy najwięcej czasu), a Android to nowy PC (z tą różnicą że poza komputerami i telefonami nadaje się dla samochodów czy lodówek).