Archiwum kategorii ‘Uncategorized’
Demokracja partycypacyjna – przyszły model
Przeczytałem wczoraj wpis Pietro Speroni di Fenizio dotyczący przyszłości demokracji (a właściwie ”demokracji przyszłości”). Znajduje się tam podsumowanie projektów demokracji uczestniczącej z wykorzystaniem narzędzi internetowych oraz skrótowe omówienie problematyki dotyczącej tego tematu.
Demokracja uczestnicząca to jeden z potencjalnych kierunków rozwoju systemu organizacji społecznej. Poszukiwania możliwości ulepszenia obecnego systemu wynikają z nieprzystawalności obecnych rozwiązań do czasów w jakich żyjemy. Istotny wpływ na dewaluację systemu demokracji przedstawicielskiej ma rozwój technologii, którego skutkiem jest znacznie szybszy przepływ idei (internet, szybkie przemieszczanie się, znoszenie ograniczeń komunikacyjnych). Stąd od kilku lat podejmowane są próby tworzenia różnego typu platform komunikacji na osi obywatele-władza. Rozwiązania tego typu wkraczają stopniowo do praktyki demokratycznej (lista przykładów znajduje się we wspomnianym powyżej wpisie). Stąd zapewne w nieodległej przyszłości spodziewać się należy wysypu najróżniejszy platform “konsultacji społecznych w internecie”. Również w Polsce. Proces ten obejmie każdy poziom administracyjny – od krajowego (referenda przez internet), dziedzinowego (konsultacje w ramach specjalizacji ministerstw) do samorządowego (na poziomie miasta, dzielnicy, gminy).
Czy jednak kierunek ten jest słuszny (internetowe platformy komunikacji z obywatelami)? I jaki będzie docelowy model demokracji partycypacyjnej? To pytania, które nasunęły mi się po lekturze “The Future od Democracy”. Postaram się odpowiedzieć na te pytania poniżej.
Pisałem już wcześniej wielokrotnie o kierunkach zmian społecznych, których kwintesencją jest formowanie się społeczeństwa cyfrowego. Przyszłym, docelowym środowiskiem funkcjonowania (samoorganizacji i wnioskowania społecznego) społeczeństwa cyfrowego będzie losowa Infosfera.
- Modelem realizującym ideę demokracji partycypacyjnej nie będą zatem odseparowane platformy i systemy komunikacji pomiędzy obywatelami a ośrodkami władzy przedstawicielskiej. Główną cechą Infosfery jest losowość, co oznacza, że idee i ludzie nie przywiązują się do konkretnych rozwiązań i narzędzi. Projekty takie będa mogły być co najwyżej elementem ekosystemu mediów społecznych. Ponadto specyfiką procesów komunikacyjnych mediów społecznych jest dynamiczny, niesymetryczny a nie statyczny, jednostajny charakter (mobilizacja społeczna, zaangażowanie ludzi ma charakter impulsowy).
- Model demokracji partycypacyjnej, marginalizuje rolę przedstawicieli (“władz”), sprawdzając dotychczasowych decydentów do roli urzędników urzeczywistniających politykę partycypantów (ludzi). Oznacza to likwidację kadencyjności i wprowadza prawdziwie zawodową służbę cywilną.
- Internetowe platformy komunikacji z obywatelami będą jednym z pośrednich kroków na drodze do modelu demokracji partycypacyjnej. Główną wadą takich rozwiązań, jest w istocie to, że o ile sama idea platformy komunikacji z obywatelami jest krokiem we właściwym kierunku, to rozwiązania takie są tworzone przez tradycyjnie zorganizowaną demokrację (przedstawicielsko). Oznacza to, że bez względu na zaangażowanie ludzi w procesy tworzenia przepisów prawa czy kierunkowania życia społecznego, to przedstawiciele dokonują selekcji i oceny pomysłów i inicjatyw obywateli. Z doświadczenia wiadomo, że dokonują wyborów i ocen podyktowanych polityką własnej grupy. Zatem internetowy serwis “konsultacji społecznych” będzie użyteczny o tyle o ile pozwoli na dalsze sprawowanie władzy przez konkretnych przedstawicieli. Ponadto w demokracji partycypacyjnej: partycypanci=władza.
- Kolejną wadą obecnych rozwiązań technologicznych mających wspierać demokrację partycypacyjną jest angażowanie wąskiej, niszowej z punktu widzenia społeczeństwa grupy – entuzjastów. Jest to chyba największe ograniczenie w realizacji idei uczestnictwa. Model partycypacyjny oznacza, że w sprawowaniu władzy bierze udział każdy obywatel. Zakłada również wysoki stopień rozwoju świadomości społecznej znaczenia i roli partycypacji. Prowadzi to do jedynego możliwego wniosku – demokracja partycypacyjna musi być demokracją obowiązkową. Aby urzeczywistnić ten model rządzenia się społeczeństw – utopijną możliwość decydowania o wszystkim przez wszystkich, trzeba – paradoksalnie – wyzbyć się możliwości decydowania w tej jednej kwestii. W demokracji partycypacyjnej wszystkie prawa będą płynne (podatne na zamianę przez ogół) z wyjątkiem możliwości nieuczestniczenia w partycypacji.
- Demokracja partycypacyjna nie będzie demokracją obrzędów. Oznacza to, że ten typ demokracji będzie rodzajem demokracji codziennej, toaletowej. Dyskusje, głosowania, interakcje będą permanentne. Przyjmując za przykład dzisiejsze rozwiązania technologiczne, każdy obywatel będzie codziennie głosował na konkretne projekty prawne za pomocą SMSa. W tym sensie krajowe referendum będzie odbywać się każdego dnia, nawet kilkukrotnie w razie potrzeby. Z resztą podobne decyzje będą podejmowane przez każdego również w odniesieniu do najbliższej okolicy (dzielnica, ulica, najbliższy park, szkoła dzieci, etc.)
- Cechą demokracji przyszłości będzie również oparcie się na najnowszej dostępnej technologii (“technologii czasów”). Obecna demokracja oparta jest na skreśleniu raz na 4 lata kilku skrzyżowanych kresek na kartce papieru i wrzuceniu jej do drewnianej skrzynki. Zatem “wykluczenie cyfrowe” będzie oznaczać również wykluczenie społeczne i obywatelskie.
Model ewolucji internetu: wersja 0.4; Etapy rozwoju mediów społecznych; Przyszłość sfery publicznej;
W tym wpisie postaram się połączyć trzy różne obszary składające się na jedno, jak myślę, zagadnienie. Stąd długość tytułu.
Moje rozważania w ciągu ostatnich lat ewoluowały od podejścia technologicznego przez komunikacyjne (media) w stronę podejścia społecznego. Chcąc, nie chcąc doprowadziło mnie to do konieczności sformułowania twierdzenia, że internet nie może być rozpatrywany w oderwaniu od mediów społecznych (social media), a te z kolei nie mogą być rozpatrywane w oderwaniu od społeczeństwa. Te trzy obszary stanowią zatem jedność – swego rodzaju triadę wzajemnie powiązanych i oddziałujących na siebie czynników (Technologia-Komunikacja-Społeczeństwo).
Jednym z powodów dla których zarzuciłem pisanie poprzedniego bloga, była konkluzja, że “technologia jest jedynie warstwą umożliwiającą – czy też zapewniającą – komunikację. Zatem, internet to nie “technologia”, ale raczej psychologia czy też socjologia”. Analizując to z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że było to wynikiem uświadomienia sobie, że technologia nie jest decydującym czynnikiem (w istocie jest współdecydującym) procesów które możemy obserwować, a które są skutkiem upowszechnienia i rozrostu się sieci.
Z drugiej strony, rozczarowanie związane z brakiem możliwości uzyskania odpowiedzi w obszarze technologicznym, skłoniło mnie do przejścia w stronę motywacji jakie kierują ludźmi w procesach komunikacyjnych – analizy mediów, głównie z punktu widzenia pojedynczego człowieka – “użytkownika”. Ta “psychologia mediów indywidualnych” była wynikiem powstania nowego zjawiska związanego ze zmianą roli człowieka z konsumenta, odbiorcy, widza w twórcę mediów. Aby zrozumieć “nowe media” nie sposób nie odnieść się do problematyki mediów i komunikacji w ogóle, a zatem – stron, motywacji, dynamiki, warunkowania, przebiegu, charakteru, przyczyn, skutków i wielu innych jej aspektów.
Komunikacja to przepływ idei pomiędzy ośrodkami. Stąd już niedaleka droga do konkluzji, że próba wnioskowania na podstawie analizy pojedynczych czy nawet grupowych procesów komunikacyjnych nie pozwoli wyciągnąć wiążących wniosków ogólnych. Obecnie zatem w dużej części staram się odnaleźć te zależności na poziomie społeczeństwa. Paradoksalnie, doprowadziło mnie to do punku wyjścia – czyli do technologii. Narzędzia, z jednej strony kierunkują rozwój społeczeństw (czcionka drukarska, maszyna parowa), a z drugiej – ich stosowanie prowadzi do ewolucji idei jakimi kieruje się społeczeństwo.
Zatem ten “punkt wyjścia” okazał się jednocześnie elementem, który udzielił – choć być może nie wszystkich – odpowiedzi dotyczących roli sieci. “Społeczeństwo cyfrowe” określa taki stan, w którym człowieka nie można rozpatrywać w oderwaniu od technologii (i odwrotnie). Co więcej, nie są to wzajemnie oddziałujące na siebie stany, ale jeden organizm zdeterminowany technologicznie.
Analizując rozwój internetu i jego przyszłość biorę zatem pod uwagę zarówno rozwój technologiczny (narzędzia) jak i rozwój społeczny (idee). Ten punkt widzenia pozwala na odrzucenie czynników nie wpływających na kierunek przemian (wtórność, ślepe uliczki) i jednoczesne wyodrębnienie tych kluczowych. Biorąc pod uwagę że społeczeństwo jest determinującym internet (technologia) czynnikiem, a jednocześnie mając świadomość kierunku w jakim zmierza obecnie rozwój technologiczny (jakie idee go kierunkują), należy przyjąć, że media społeczne będą miały i będą mieć kluczowe znaczenie dla rozwoju internetu (i odwrotnie). Jednocześnie zarówno pojęcie mediów społecznych (social media) jak i samego internetu podlega tak dynamicznym przemianom, że skłania to do założenia, że proces ten nie zostanie nagle powstrzymany. Jedynymi zatem granicami które da się wzajemnie wyznaczyć w tym rozwoju są sama technologia i samo społeczeństwo.
Przyglądając się historycznym etapom rozwoju internetu należy również uznać, że wszelkie poboczne wobec “technologii społecznych” rozwiązania nie są istotne dla dalszych rozważań. Z tego punktu widzenia, wszelkie zjawiska pozbawione “społecznego charakteru”, takie jak np. media instytucjonalne stanowią raczej emanację starego fizycznego świata w przestrzeni cyfrowej. Są zatem jedynie “digitalizacją” a nie “cyfryzacją”. W tym kontekście horyzontalne portale internetowe są szczytowym etapem rozwoju prasy, pod względem idei nie stanowią bowiem istotnego kroku naprzód.
Skupiając się zatem na społecznym aspekcie internetu, którego emanacją są “media społeczne” można dojść do wniosku, że internet zarówno pod względem technologicznym jak i społecznym dąży w kierunku tworzenia coraz bardziej złożonych układów. Droga ta rozpoczęła się właśnie z chwilą odrzucenia przez ludzi zdigitalizowanej wersji internetu – który stanowił jedynie “elektroniczną wersję” świata fizycznego. Obecnie obserwowane zjawiska jednoznacznie wskazują na uniezależnienie się sfery internetowej (która poza samą siecią obejmuje technologie mobilne i bezprzewodowe) od sfery wyłącznie fizycznej (materialna rzeczywistość). Społeczeństwo cyfrowe jest w tym kontekście czymś więcej niż “społeczeństwem używającym internetu”.
Ewolucja społecznego wykorzystania internetu rozpoczęła się wraz z pierwszymi grupami, listami dyskusyjnymi i forami. Z czasem do tej grupy dołączyły blogi. Narzędzia ta miały charakter rozproszony i wyizolowany od samej sieci jak i innych mediów społecznych. Nie tworzyły jeszcze żadnej sieci. Z czasem w ich ramach zaczęły powstawać funkcjonalne i tematyczne sieci mediów społecznościowych – blogosfera, wikisfera czy tweetosfera (sieć mikroblogów i mikroblogujących). Tworzyły one zatem częściowo otwarte układy. Sytuacja ta zaczęła się stopniowo zmieniać wraz z ukształtowaniem się serwisów social networking. Dominować zaczęły znacznie bardziej otwarte portale grup zawodowych, pokoleniowych (właściwie głównie skierowane do jednego pokolenia – młodych) czy w końcu portale o charakterze narodowym. Te trzy pierwsze etapy rozwoju internetu charakteryzowały się jednak pewną społeczną wtórnością wobec istniejących wcześniej sposobów i systemów organizacji społecznej. Stanowiły one rozszerzoną za sprawą rozwoju technologii adaptację tego co znaliśmy wcześniej. Stanowiły zatem raczej postęp w zakresie skali, szybkości, dostępności, ale nie jakości. Myślę, że do tego właśnie momentu możliwe było stosowanie pojęcia “świata wirtualnego”. Charakter tych rozwiązań sprawiał bowiem, że mogły one przejąć tylko niewielką część aktywności człowieka – zwirtualizować tylko niektóre obszary życia. W ten sposób nie wpływały one na dokonanie się istotnych przewartościowań w życiu społecznym. Wydaje się, że również do tego momentu określenie “media społeczne” oddawało istotę zadań jakie realizowały te narzędzia.
Obecnie jednak znajdujemy się na etapie przechodzenia od wąsko pojmowanej roli technologii – sprowadzanej do komunikacji (media). Kolejnym etapem rozwoju internetu będzie nie pojedynczy, nawet relatywnie otwarty system (struktura) ale chmura bez stałej struktury połączeń (dlatego między innymi należy odrzucić ujęcie mediowe). Obecnie największe serwisy social networking, choć poosiadają zasięg globalny, działają wciąż w oparciu o pojęcie narodowości (języka), kultury czy konkretnych funkcji. Pewne już obecne elementy wskazują jednak na kierunek tych przemian. Z jednej strony rozwój technologiczny zmierzający do stworzenia jednej uniwersalnej tożsamości sieciowej i utworzenia tak zwanej “chmury” w ramach której użytkownik będzie mógł poruszać się bez przeszkód. Z drugiej obserwowane postawy i kierunki wykorzystywania obecnych rozwiązań zaczynają już przeczyć strukturalnemu podejściu to tworzenia tych rozwiązań. Coraz więcej relacji i połączeń ma charakter przygodny i jest tworzone ad hoc. Charakteryzują się one także różną trwałością. Sposób korzystania z sieci social networking stopniowo się zmienia – maleje rola definiowanych przez użytkownika połączeń w sieci społecznej (“znajomi”), a rośnie rola przypadku (element losowości). To zjawisko można określić “komunikacją spotkaniową” przez analogię do pojęcia “libacji spotkaniowej”. Nota bene konotacje uzależnieniowe są tutaj również jak najbardziej na miejscu, bowiem “komunikacja spotkaniowa” objawiająca się wyczekiwaniem na chętnych do rozmowy w sieci, etapy jej przebiegu i sam jej charakter może skłaniać do wniosku o “uzależnienie od komunikacji” (co wydaje się właściwszym określeniem niż “uzależnienie od internetu”). Z drugiej strony same platformy społeczne idą w kierunku połączeń o charakterze otwartym – coraz rzadziej konieczna jest zgoda użytkownika na przesłanie komunikatu, co znowu zwiększa rolę przypadkowości a zmniejsza intencjonalności komunikacji (choć jej nie wyklucza). Otwartość platform przejawia się również w coraz większej integracji z innymi narzędziami sieciowymi (co zachodzi w obie strony). Facebook z jednej strony jest obecny na wielu różych platformach w sieci, a z drugiej różne platformy są obecne na samym portalu (“ułomna chmura”).
Internet tworzy obecnie pewną przestrzeń czy też sferę publiczną. Określenie tego “tworu” nie jest możliwe jednoznacznie – co wskazuje jednocześnie na jego nowość. Pojęcie przestrzeni, zwłaszcza przestrzeni publicznej odwołuje się do fizycznych lokalizacji dostępnych dla wszystkich zainteresowanych. W intrenecie de facto nie mamy do czynienia z – nawet metaforycznie rozumianą – publiczną przestrzenią, ponieważ państwo nie tworzy takich przestrzeni. Wszelkie przestrzenie w których dokonuje się społeczna aktywność w sieci znajdują się w rękach prywatnych (wyjątkiem może być np. Wikipedia), są zatem w świetle dotychczasowej definicji przestrzeniami pseudo-publicznymi. Z kolei sfera publiczna jest związana z niefizycznym obszarem dyskursu społecznego. Dzisiaj również trudno mówić o istnieniu takiej sfery w odniesieniu do sieci ponieważ media społeczne nie stanowią jeszcze wystarczająco „uwspólnionego” obszaru. Problem ten musi zostać zatem rozwiązany w przyszłości jeśli zakładamy, że internet ma stać się “połączeniem technologii i społeczeństwa”.
Internet dąży do wytworzenia sfery w której będą zachodzić społeczne procesy komunikacyjne na każdym poziomie, a zatem do stworzenia światowego systemu komunikacyjnego – infosfery, która ostatecznie obejmie wszystkie media, ludzi i technologie komunikacyjne.
Równolegle to tych przemian – o charakterze fundamentalnym dla organizacji społecznej – zmienia się rola samych narzędzi komunikacji. Pierwotnie grupy i fora internetowe wykorzystywały wyłącznie słowo pisane (tekst) . Z czasem możliwości komunikacyjne rozszerzyły się o obrazy i wideo. Obecnie komunikacja odbywa się za pomocą różnorodnych nośników informacji, w tym zupełnie nowego i przynależnego sieci – aplikacji (interaktywne multimedium). I choć wytworzenie się indywidulanego narzędzia komunikacji należy uznać za znaczące, nie ma ono jeszcze w pełni oryginalnego charakteru. Stanowi konwergencję znanych już wcześniej mechanizmów i narzędzi. Nie stanowi zatem “rozszerzenia rzeczywistości”.
Przedstawiony model obejmuje szereg kompleksowych i szczegółowych zagadnień. Technologia i nauki społeczne stoją w praktyce dyskursu społecznego na przeciwległych biegunach, a jeśli spotykają się razem to zwykle na kursach kolizyjnych. Dlatego rozwikłanie wszystkich znanych i nieznanych obecnie problemów i implikacji poruszonych tematów nie będzie ani proste ani łatwe.
Paradygmat w socjologii
Człowiek badając lub próbując ująć społeczeństwo czyni to na “ludzki” sposób, zawsze jest więc “obiektywny w subiektywny sposób”. Człowieczeństwo jest jedyną rzeczą której nie możemy zmienić. Wszystko co nas określa: działania i myśli – jest ludzkie z założenia. Dlatego, należy przyjąć, że w socjologii nigdy nie będziemy w stanie wytworzyć paradygmatu (Kuhn). To dylemat podobny do opisywania świata zwierząt – jest to świat zwierzęcy, ale zwierzęcość tego świata wynika z ludzkiego ujęcia, perspektywy i porównania.
Dokonać opisu społeczeństwa unikając obiektywizmu czy subiektywizmu, może jedynie zewnętrzny wobec tego społeczeństwa podmiot – zatem obcy wobec człowieka.
Nie licząc na szybkie odkrycie inteligentnego życia pozaziemskiego, wydaje się że najbliżej nam obecnie do tego, że paradygmat społeczny zostanie stworzony przez sztuczną inteligencję maszyn. I choć (s)tworzona ona będzie na wzór człowieka – nie będzie nim. Podobnie jak, i to drugi scenariusz – istoty powstałe w wyniku inżynierii genetycznej. Być może zatem to, co uważamy za “nieludzkie” w końcu zdefiniuje to co ludzkie. W tym sensie “rewolucja technologiczna” czy też samo słowo “postęp” nabiera innego wymiaru.
Kieruje nami zarówno strach jak i ciekawość poznania istoty samych siebie.
Społeczeństwo informacyjne a społeczeństwo cyfrowe: definicja
Definicja “społeczeństwa informacyjnego” – choć być może nie powszechnie znana, jest niewątpliwie powszechnie dostępna. Określa ona społeczeństwo informacyjne jako takie, w którym przynajmniej 50% zawodowo czynnych osób jest zatrudnionych przy przetwarzaniu informacji. Niestety z punktu widzenia analizy socjologicznej definicja ta jest nieadekwatna do rzeczywistych przekształceń relacji społecznych. Przede wszystkim, i to jest największą wadą takiego podejścia, definicja ta traktuje społeczeństwo jedynie w kategoriach pracy. To ujęcie czysto ekonomiczne. Ponadto mowa tutaj jedynie o “czynnych zawodowo” – zatem przedstawia społeczeństwo, w którym wszyscy niezatrudnieni znajdują się poza nawiasem społecznym. Można zatem przyjąć, że definicja społeczeństwa informacyjnego jest zabarwiona ideologicznie – rozpatruje społeczeństwo wyłącznie z punktu widzenia wytwarzania kapitału.
Taka konstrukcja tej definicji jest oczywistym następstwem odnoszenia społeczeństwa informacyjnego do społeczeństwa przemysłowego (traktującej zbiorowość w kategoriach zmian ekonomicznych i wytwórczych). Rewolucja przemysłowa, która stanęła u zarania określenia “społeczeństwo przemysłowe” nie była, jak się powszechnie uważa, jedynym źródłem przemian społecznych. Równie istotny, jeśli nie kluczowy, wpływ na innowację zbiorowości miała – równoległa do przemysłowej – rewolucja francuska, która była rewolucją idei, a nie procesów wytwórczych.
Dlaczego jest to warte rozważenia?
Obecna myśl idzie w kierunku wskazującym, że społeczeństwa nie osiągnęły jeszcze etapu “społeczeństwa informacyjnego” – ponieważ, zgodnie z definicją, zbyt mała liczba osób jest zatrudniona przy “przetwarzaniu informacji”.
Nie sposób nie zauważyć, że definicja ta stworzyła wewnętrzny paradoks. Z jednej strony poza społeczeństwem znajdują się wszyscy niezatrudnieni (bezrobotni, dzieci, emeryci, etc.). Z drugiej, biorąc pod uwagę obecną penetrację internetu, mediów (nomen omen) społecznych oraz, co najistotniejsze, sam charakter korzystania z technologii sieciowych (w tym np. mobilnych) – nawet w Polsce ponad połowa ludzi korzysta z internetu w celu przetwarzania informacji.
Z tego punktu widzenia jesteśmy “społeczeństwem informacyjnym” - pomijając aspekty wynagrodzenia za “przetwarzanie informacji” oraz włączenia w “społeczeństwo” nie tylko zatrudnionych. Nie odrzucając definicji “społeczeństwa informacyjnego” – która może być przydatna na innych polach oraz została sformułowana w czasach, w których trudno było przewidzieć, że “przetwarzanie informacji” zajmie tak istotną pozycję w życiu społecznym (zapewne dlatego m.in ujęto to w kategoriach “pracy”) – należy jednak stwierdzić, że dla celów analiz społecznych nie jest ona przydatna. Neguje bowiem rzeczywistość.
Dlatego, za społeczeństwo cyfrowe należy uznać “zbiorowość, w której przynajmniej 50% jej członków zajmuje się przetwarzaniem informacji.“
Zresztą, idąc dalej tropem rozważań nad definicją społeczeństwa informacyjnego – warto postawić pytanie czy, biorąc pod uwagę postępująca automatyzację procesów wytwórczych, urzeczywistnienie tak opisanego społeczeństwa będzie w ogóle możliwe? Skoro przetwarzaniem informacji na cele wytwórcze zajmują się i zapewne będą zajmować się w coraz większym stopniu maszyny (komputery), czy możliwe jest aby aż 50% takich obowiązków przypadło ludziom? Z jednej strony jest to sprzeczne z modelem ekonomicznym, zawartym we wspominanej definicji, jako takim (praca ludzka jest droższa od pracy maszyn). Z drugiej współczesne społeczeństwa cyfrowe zderzają się z problemem deficytu pracy – czy zatem ekonomicznie rozumiane “przetwarzanie informacji” jest tym obszarem, który należy rozpatrywać jako charakterystyczne dla człowieka w ogóle?
Za ujmowaniem obecnych społeczeństw w kategoriach raczej “cyfrowych” niż “informacyjnych” przemawia również wspomniana innowacja wartości. Sposób w jaki “ponad połowa” zbiorowości “przetwarza informacje” (dane) istotnie modyfikuje model społeczeństwa znanego nam dotychczas – wymaga zatem badań i prób określenia tych przemian, czyli w uproszczaniu - właściwej definicji.
Dystopia a utopia: Orwell a społeczeństwo cyfrowe
Internet stał się symboliczną reprezentacją tego wszystkiego, co utożsamiamy z postępem, ze “zmianą na lepsze”. “Nowe” postrzegamy jako lepsze niż “stare” – tak jakby za tymi określeniami kryło się coś więcej niż wskazanie kolejności. Oczywiście, nie bez znaczenia jest kwestia następstwa – zastępowania “starych” rozwiązań, idei przez “nowe”. Jednak w dyskursie na temat przyszłości niezmienne dominuje pogląd, że współczesne technologie (utożsamiane z internetem) są czymś unikalnym i niepotykanym. Z jednej strony pomija się zawieralność “starych” idei w “nowych” (nowe idee nie pojawiły się przecież w pustce), a z drugiej – cyfrowe społeczeństwo przyszłości przedstawiane jest jako utopia realizująca niespełnione marzenie ludzkości związane z urzeczywistnieniem idei równości, demokracji i wolności.
Zatem, ogólne założenia utopii społeczeństwa cyfrowego są nam powszechnie dostępne w rozważaniach zwolenników “teorii postępu”. Natomiast pogląd przeciwny nie jest tak powszechnie propagowany. I choć “przeciwników” postępu nie brakuje – wskazują oni zwykle na wybrane negatywne aspekty związane z adaptacją nowych technologii (infotainment, “kultura obrazkowa”, dostęp do pornografii, przemoc, upadek kultury, “kult amatora”, itd. – które to zjawiska, nota bene, zapoczątkowane zostały w czasach całkiem nieinternetowych). Zatem podejście reprezentowane przez sceptyków ma charakter rozproszonych poglądów na odseparowane kwestie, a podejście zwolenników postępowości ma charakter holistyczny, obejmujący wartości wyższego rzędu. Zresztą, w obu tych przypadkach brakuje ujęcia całościowego, wyzwolonego od myślenia przez pryzmat “wczoraj-dzisiaj”.
Co warte podkreślenia, utopia społeczeństwa cyfrowego wywodzona jest z obecnie obserwowanych przemian (jakie są efektem szerokiej adaptacji nowych technologii). Stanowi zatem przeciwieństwo dla dystopii, która opiera swoją wizję przyszłego społeczeństwa na tych samych obserwacjach – na rzeczywistości jaka nas otacza. W tym rozumieniu, oba te podejścia przedstawiają dwie alternatywne wizje przyszłości wywiedzione z tych samych założeń (teraźniejszości).
Najbardziej znaną dystopią, obecną również w kulturze masowej, jest “Rok 1984″ Orwella. Nawet pobieżna lektura tego tekstu pozwala odnieść poruszane tam zagadnienia do współczesnego społeczeństwa, a zwłaszcza wskazać jak wiele z tez sformułowanych przez Orwella pod koniec lat ’40 ubiegłego wieku urzeczywistnia się na naszych oczach. Oczywiście nie chodzi tu o odczytywanie wprost słów autora – choć w niektórych miejscach i to jest możliwe – ale o zderzenie modelu społeczeństwa opisanego w książce z tym, które tworzymy obecnie, a w efekcie – do jakiego (potencjalnie) zmierzamy.
Już w pierwszych kilku zdaniach Orwell wprowadza nas w opisywany świat poprzez prezentację jednego z kluczowych jego elementów – teleekranu, wszechobecnego urządzenia nadawczo-odbiorczego, które można ściszyć, ale nie wyłączyć. Jego zadaniem jest zarówno przekazywanie informacji (medium – u Orwella pełniące funkcje propagandowe) jak i śledzenia zachowań obywateli. Obserwacja każdego człowieka, co istotne dla dalszych rozważań, ma charakter potencjalny – żadna osoba nigdy nie jest pewna czy jest akurat poddawana inwigilacji. Społeczeństwo orwellowskie jest tak przyzwyczajone do wszechobecności urządzenia, że traktuje je jak naturalny element rzeczywistości. Orwell opisuje zatem niemal doskonałą, multimedialną sieć komunikacyjną stworzoną w celu kierowania przekonaniami jak i zachowaniami obywateli. Jest to możliwe z dwóch podstawowych, opisanych powyżej powodów: wtopienia się tej sieci w życie człowieka oraz z potencjalności jej funkcji kontrolnej (obywatele nigdy nie są pewni czy są w ogóle obserwowani, a jeśli nawet, to czy są inwigilowani w tym właśnie momencie czy miejscu). Ten aspekt wizji Orwella można niemal w całości odnieść do współczesności. Jedynym, otwartym dylematem jest to, jakie czynniki są niezbędne do przeistoczenia się potencjalności w rzeczywistość.
Sposób wykorzystania sieci mediów cyfrowych (kamer przemysłowych, telefonów komórkowych, internetu, systemu kart kredytowych, itd) jest w pełni zgodny z tym, w jaki sposób wszystkie te narzędzia są dzisiaj standardowo wykorzystywane przez policje i służby kontrolne całego świata. Sprawdzanie logowań telefonów komórkowych, dostęp do zapisu kamer ulicznych, wyciągów transakcji czy e-maili to dzisiaj standardowe metody pracy operacyjnej - całkiem jak u Orwella. Zresztą, podobnie wygląda kwestia permanentnej obecności przekazów mediowych, bowiem internet za sprawą urządzeń przenośnych (oraz samych zmian w nawykach konsumpcji mediów) sprawia, że media “towarzyszą” nam zarówno w pracy, w podróży, w domu czy nawet w środku lasu (gdy mamy “zasięg” – który to wyjątek nawet u Orwella znalazł swoją reprezentację). Pomimo, że nie posiadamy teleekranów, których nie można wyłączyć, telewizory w domach są stale włączone. Choć wszystkie współczesne narzędzia nie stanowią jeszcze w pełnoprawnego “systemu”, to przecież właśnie w tą stronę zmierza wizja utopii cyfrowej opisującej doskonały świat wartości demokratycznych (nieskrępowany dostęp do wszystkiego i wszędzie).
Kluczowym zatem pytaniem odnoszącym się do tego aspektu utopii-dystopii społeczeństwa jest kwestia tego, co z tym cyfrowym systemem stanie się w przyszłości. Innymi słowy – czy i w jaki sposób zostanie wykorzystany. Właściwe pytanie dotyczy zatem wartości stojących za ideologią w której posiadaniu jest lub będzie owa sieć. Jak nieodległa jest to perspektywa, wskazuje precedens Allegro-Izba Skarbowa, odnoszący się do nadgorliwości władzy, czyli chęci dostępu do informacji, które “nie są niezbędne w demokratycznym państwie prawnym”. Symptomatyczne jest to, co podejmę w dalszych rozważaniach “Roku 1984″, że to właśnie służby fiskalne, reprezentujące władzę ekonomiczną, jako pierwsze – otwarcie – dostrzegły potencjał inwigilacyjny sieci (zresztą nie tylko urzeczywistnienie, ale sam fakt pojawienia się takiego postulatu można uznać za narzędzie wywierania presji na społeczeństwo).
Elektroniczny monitoring, może być zarówno błogosławieństwem (np. w przypadku zdalnej opieki nad osobami starszymi wymagającymi stałej opieki) jak i systemem uzyskiwania nieuprawnionego wglądu w nasze życie. Nie ulega jednak wątpliwości, że system ten już istnieje, a sprawa jego udoskonalenia jest kwestią nieodległej przyszłości z którą będziemy musieli zmierzyć się jeszcze za naszego życia.
Tym bardziej zatem istotne jest wskazanie na wartości jakie stoją za sposobami wykorzystania systemu sieci cyfrowych, a nie samej technologii. Zwłaszcza, że obecnie panującym przekonaniem jest konstruktywna, pozytywna rola technologii dla wartości demokratycznych.
Dominującą obecnie ideą organizująca społeczeństwa jest kapitalizm. Ekonomia, o czym już pisałem we wcześniejszych wpisach, jest przedstawiana ludziom od najmłodszych lat jako element świata natury. W tym kontekście prawa ekonomii stają są niezależne od woli człowieka, nie podlegają zatem zaprzeczeniu i są z tego punktu widzenia absolutne. Tyrania ekonomii pełni zatem we współczesnym społeczeństwie tą samą rolę co “stojący na szczycie”, nieomylny i wszechmocny Wielki Brat. Przy czym, na co zwraca Orwell, nie ma znaczenia czy tak rzeczywiście jest – ważniejsze jest bowiem to, w co wierzą ludzie. Przekonanie, wiara, niezaprzeczalność - to zresztą również te czynniki które łączą świat “Roku 1984″ i ukształtowany przez liberalną demokrację współczesny system kształtowania (“programowania”) zachowań społecznych od najmłodszych lat. Jak to określa Orwell “wrogość do ustroju uniemożliwia wpajana od najmłodszych lat dyscyplina wewnętrzna”. Upadek religii, alternatywnego wobec ekonomii systemu wartości, sprawia że nastawione na konsumpcjonizm społeczeństwo XXI wieku pozostaje bez realnej alternatywy na zmianę dominującej ideologii. Nasz świat zatem, bardziej niż byśmy tego chcieli, przypomina ten orwellowski.
Oligarchiczny świat “Roku 1984″ posiada wiele analogii ze współczesną oligarchią (rządy nielicznych) kapitalistyczną. Odpowiednikiem orwellowskiej Wewnętrznej Partii są współcześnie “rynki finansowe” – nieokreślona, niezdefiniowana grupa (“chmura”) odpowiedzialna za przestrzeganie i wdrażanie ideologii – w tym przypadku: praw ekonomii. Dla Orwella kluczowym czynnikiem decydującym o trwałości dyktatury jest stan permanentnej wojny (“na świadomość mas wystarczy wpływać wyłącznie w sensie negatywnym”). Kryzys finansowy (wojna) lub oczekiwanie na kryzys (permanentne zagrożenie) w połączeniu z uproszczonym, symbolicznym (propagandowym) i odwołującym się do najniższych instynktów przekazem współczesnych mediów (“bad news is good news”, ukazywanie przemocy, śmierci, wojen, kataklizmów, seksu itd.) – tworzą niemal kopię świata mediów Orwella. Zresztą ekonomia odgrywa jedną z kluczowych ról w sprawowaniu władzy przez Partię. W manifeście “Teoria i praktyka oligarchicznego kolektywizmu” opisany został “sztuczny proces niszczenia nadwyżek” – świadoma polityka rządu zmierzająca do utrzymywania mas w stanie “kontrolowanej biedy”.
Zresztą między innymi temu właśnie służy prowadzenie przez ustrój stałej wojny – jest ona sposobem na kontrolowane pozbywanie się nadwyżek, tak aby nie trafiły w ręce ludzi. Czy na kryzys finansowy można spojrzeć w ten własnie sposób? Jak na proces świadomego pozbywania się nadwyżek kapitału, który prowadzi do wtórnej pauperyzacji społeczeństw, której z kolei celem jest zabicie ambicji i oczekiwań będących nieuchronnym wynikiem wzrostu zamożności? Jak pisze Orwell “powszechny dostatek zagraża trwałości społeczeństw hierarchicznych”. Paradoks tyranii kapitału i ideologii uznającej ekonomię za naczelną wartość współczesnego świata polega właśnie na tym, że w interesie rynków finansowych wcale nie jest bogacenie się społeczeństw, ale utrzymywanie ich w stanie permanentnego “głodu pieniądza”. “Gdyby wszyscy byli jednakowo zamożni i dysponowali taką samą ilością wolnego czasu, ogromna masa ludzi dotychczas ogłupionych nędzą zdobyła by wykształcenie i nauczyła się myśleć, a wówczas prędzej czy później zdałaby sobie sprawę, że uprzywilejowana mniejszość nie ma żadnej racji bytu i należy ją obalić” – istota tego stwierdzenia niemal wprost pokrywa się z hasłami, które wygłaszane były na całym świecie podczas pierwszego globalnego protestu ery cyfrowej – ruchu “Occupy”. Co więcej, protest ten wymierzony był własnie w rynki finansowe. Podobnie zresztą – teoria permanentnego kryzysu Orwella niepokojąco pokrywa się z teorią Miltona Friedmana (“Kapitalizm i wolność”), ojca koncepcji “hipotezy kryzysu” i oddania spraw ekonomicznych wolnemu rynkowi (rynkom finansowym).
Co zatem daje nam przegląd wizji Orwella? Po pierwsze tworząc swoją “koszmarną lecz logicznie uzasadnioną” wizję przyszłości Orwell niepokojąco zbliżył się do opisu współczesnego społeczeństwa. Z natury rzeczy, naukowo-fantastyczna, fabularna wizja społeczeństwa przyszłości posługuje się różnymi zabiegami formalnymi aby uprawdopodobnić pewne zachowania i postawy społeczne. To czego Orwell nie przewidział to, że współczesny człowiek bez udziału aparatu represji (np. tortur) będzie w stanie zaakceptować elementy świata które opisywał. Monoideowość współczesnego życia, media i internet które zdominowały nasz sposób odbioru świata czy stan permanentnego zagrożenia – to wszystko tezy, które z naukowej fikcji zdają się niebezpiecznie przybliżać do rzeczywistości.
Współczesna, zdominowana przez idealizację “demokratyczności internetu”, postawa większości zderza się z wizją tego, co pół wieku temu uważano za idealny system kontroli i ograniczenia.
Infofikcja
Internetowa nadwyżka podaży informacji nad popytem jest czymś nowym w historii mediów. W wyniku zniesienia materialnych barier nośnika (papieru, częstotliwości fal radiowych, itd.) sieć stała się “oceanem danych” przewyższającym swoim zakresem wszystko co dotychczas znała ludzkość. Zwykle procesy te rozpatrywane są z punktu widzenia “postępu” – czyli zmiany o charakterze pozytywnym. Internet jest określany mianem medium aktywnego (interaktywnego), w przeciwieństwie do telewizji – która w tym kontekście kojarzona jest z pasywną “bezmyślną” konsumpcją (odbiorem). Podobne postulaty odnoszą się do chronologicznie wcześniejszej kultury słowa pisanego – książek i prasy.
A przecież internet jest obecnie konglomeratem wszystkich dotychczas znanych typów mediów i w tym sensie czerpie z ich dorobku. Dlatego ataki na “prasę drukowaną” są również atakami na kulturę słowa pisanego jako takiego – będącego przecież istotnym, jeśli nie najważniejszym składnikiem dyskursu internetowego. Przedmiotem kontrowersji jest w istocie sam nośnik i technologia – papier oraz druk. Z drugiej strony, sposób wykorzystania słowa pisanego w sieci ma coraz bardziej odmienny charakter od tego znanego nam z książek czy prasy. Za sprawą zerwania z jednością tekstu, specyfiką mediów internetowych stała większa dynamika, napięcie i atmosfera oczekiwania. Publikacja treści w małych, łatwo przyswajalnych pakietach, porcjach narzuca inny niż wcześniej sposób konsumpcji i tworzenia mediów. Ten odmienny charakter mediów internetowych wpływa również na sposób w jaki postrzegamy świat – staje się on niekończącym się strumieniem wydarzeń bez wyraźnego podziału i struktury. Człowiek ery cyfrowej jest konsumentem i twórcą mediów przez cały czas swojej dziennej aktywności – śledzimy i wytwarzamy setki drobnych informacji każdego dnia. Nikt już nie tworzy ani nie czyta “podsumowań miesiąca”, a jedyne uogólnienie jakie jesteśmy w stanie skonsumować to infografika. Internetowa kultura mediów “tu i teraz” odrzuca to co przeszłe i przyszłe. Internet jako meta-środowisko mediowe wpływa na ludzi podobnie jak czyniły to inne media – telewizja czy prasa.
“Przenikanie telewizji do życia i życia do telewizji” (Baudrillard) wyraża się w hegemonii kulturowej seriali telewizyjnych czy programów reality-show w których to “zwykli ludzie” pełnią rolę gwiazd. Jednak w czasach społeczeństwa cyfrowego relacja ta zmieniła się z “przenikania” we wspólnotę – w czasach internetu medium i życie stały się jednością. Popularność telewizyjnych programów tworzących gwiazdy z nikomu nie znanych osób zastąpiło zjawisko nanocelebrytyzmu – każdy człowiek korzystający z social media jest celebrytą w ramach swojej siatki społecznej. Informacje o nas, ich dobór, selekcja oraz prezentacja mają zarówno charakter informacyjny jak i autokreacyjny (rozrywkowy). Podobnie, na nierozłączność życia z medium, wpływa pakietowanie informacji i wynikająca stąd konieczność dużo częstszego, a w praktyce stałego śledzenia wydarzeń. Aktywność mediowa człowieka cyfrowego jest takim samym stałym elementem życia jak jedzenie czy spanie.
Nowe medium oddziałuje nie tylko na nasze zachowanie, ale również na nasze umysły – “wpływa na postrzeganie świata” (Goody, Kittler). Ze sposobu w jaki patrzymy na świat w dużym stopniu wynika definicja rzeczywistości jaką nosimy w sobie. Często w tym kontekście przywoływane jest pojęcie “globalnej wioski” – terminu trafnie określająego relacje komunikacyjne jednak nie opisującego obecnej złożoności społeczeństwa cyfrowego, które jest nierozdzielne od pojęcia mediów. Za bardziej trafne należałoby uznać pojęcie “globalnego plemienia”, uwzględnia ono bowiem nie tylko aspekt czasu i przestrzeni ale również relacji. Zresztą nawet to określenie nie jest precyzyjne, ponieważ biorąc pod uwagę to, co za McLuhanem pisał Meyrowitz o “wpływie mediów cyfrowych na ludzi nie poprzez zawartość, ale przez oddzielenie miejsca fizycznego od miejsca społecznego” – należałoby to określić raczej mianem cyfrowych nomadów – gdzie to relacje a nie geografia determinują świat cyfrowy.
Rodzący się świat w coraz mniejszym stopniu jest wytworem “oczytanego umysłu” (David R. Olson) poruszającego się w sferze kultury pisma. Dzisiejsze uniwersum to swego rodzaju “stream” – żyjący i zmieniający się strumień świadomości, a nie książka – ze swoją logiką, strukturą, początkiem i końcem. Pytanie jakie warto postawić to – czy ta dominująca rola sieci cyfrowych, internetu nie skazuje ludzi na świat bezmyślnej rutyny? Jak bowiem dowodził Innis – każde medium komunikacyjne jest w jakiś sposób tendencyjne. Internet, ze swoją informacyjną “walką o ogień” w połączeniu z dawkowaniem i “głodem” informacji, regularnością i siecią jako meta-medium kierującym działaniami człowieka, tworzy dosyć narkotyczne zestawienie (jak to ktoś ujął – stan pomiędzy psychozą a halucynacją).
Media internetowe produkują poszatkowane, krótkie, pozbawione struktury, początku i końca treści – jedyną w swoim rodzaju “infofikcję”. Wydarzenia i problemy przedstawiane są w sposób udramatyzowany, nie pozwalający często odróżnić prawdy od fikcji. Ta tendencja dotyka w coraz większym stopniu również mass mediów, zmuszonych do konkurowania z siecią. W efekcie coraz bardziej liczne media dostarczają coraz więcej tego samego. Parafrazując ocenę telewizji jakiej dokonał Frank Lloyd Wright, jeden z największych umysłów XX wieku -“telewizja to guma do żucia dla oczu”, można powiedzieć, że “internet to guma do żucia dla mózgu”.
Cyfrowe barykady, czyli demokracja amatorów
Próbując dociec w którym kierunku zmierza społeczeństwo cyfrowe, nie sposób uciec od wartości obecnych na rynku idei kształtujących społeczeństwo analogowe (medialne). Niewątpliwie, o czym już pisałem w „Tyranii kapitału”, dzisiejszy świat zdominowany jest przez ekonomię, a tym samym politykę gospodarczą. „Prawa” ekonomiczne wkraczają w coraz więcej obszarów naszego życia – od mającej przemysłowy charakter edukacji – nastawionej na dostarczanie kandydatów na rynek pracy (rynek wymiany) – po zdrowie czy prawo. Konstytucyjne zapisy „równości” w dostępie do nauki, opieki zdrowotnej, ochrony prawnej czy ogólnie rozumianej „godności życia” mają w istocie charakter jedynie formalny. Tak wielki wpływ świata ekonomii na ludzkie życie i przynależne temu życiu prawa skłania do refleksji nad tym, czy pojęcie „praw człowieka” nie należy rozszerzyć o spektrum praw ekonomicznych.
Przyglądając się dominującej w świecie zachodnim (atlantyckim) polityce gospodarczej ostatnich dekad można zaobserwować kierunkowe przechodzenie od gospodarek regulowanych i opiekuńczych w stronę prywatyzacji kolejnych sfer życia i zastępowania świata wartości konsumpcjonizmem. Ostatecznym dowodem utwierdzającym zamożną mniejszość w przekonaniu o doskonałości modelu kapitalistycznego był upadek komunizmu. Wiodącą światową rolę w eksporcie idei kapitalizmu miały i mają USA, które uważane są za „Nowy Rzym” – zarówno pod względem roli geopolitycznej jak i modelu działania wyrażającego się w strategii: “demokracja wewnątrz, autorytaryzm na zewnątrz”. Istotną cenzurę czasową stanowią tutaj zamachy z 11 września 2001 roku, które stały się impulsem do przekształcenia amerykańskiej republiki w „oblężoną twierdzę”, dając legitymację do wojen prewencyjnych i ograniczenia – w imię bezpieczeństwa – podstawowych praw obywatelskich. Z drugiej strony atak na Amerykę stał się preludium do upadku mediów masowych, które nie były w stanie spełnić funkcji informowania i objaśniania toczących się wydarzeń. Media społecznościowe nie istniały, społeczeństwa były zatem zdane na monopol niewydolnych, jak się okazało, mediów masowych. Aksjomat rynku informacji został złamany, a pierwsza globalna frustracja społeczna - wywołana brakiem możliwości dostępu do informacji – stała się podwalinami do narodzin blogów i mediów społecznych w ogóle. Tak zaczęło się tworzyć społeczeństwo cyfrowe, a sieć przekształciła się z tak zwanego „read-only internet” (elektroniczna wersja gazety) w medium interakcji społecznych (elektroniczna wersja społeczeństwa).
Rozważań tych nie można kontynuować bez próby odniesienia się do wartości antycznych, które uważane są za podstawę humanistycznego świata i demokracji w szczególności. Zresztą analizując relatywnie bliskie nam procesy przemian społecznych – rewolucję przemysłową i cyfrową, warto odnieść się do bardziej odległego punktu w czasie, który może stanowić wspólny mianownik przeprowadzanych ocen.
Czwartą i ostatnią triadą wartości są oczywiście zasady i założenia zachodniej demokracji – przywoływane obecnie po obu stronach cyfrowej barykady w sporze świata analogowego (medialnego) z internetowym (cyfrowym).
Bezsprzecznie ekonomia i demokracja są kluczowymi czynnikami które ukształtowały społeczeństwo wyjściowe, które rozpoczęło ewolucję do społeczeństwa cyfrowego.
Utopia kapitalistyczna (biznesowa) do której zmierzamy jest przeciwieństwem utopii robotniczej Marksa. Model Friedmanna przeciwstawia skrajny indywidualizm i chciwość („chęć zysku”) kolektywnemu modelowi socjalizmu pozbawionemu wartości prywatnej (a tym samym chciwości). Obecny kryzys ekonomiczny, będący w istocie kryzysem kapitalizmu, spowodowany został w równym stopniu tak zwanym „wolnym rynkiem” (rynkiem pozbawionym kontroli, pozostawionym samemu sobie) oraz chciwością banków inwestycyjnych (nieliczna grupa bogatych, którzy chcą być jeszcze bardziej bogaci). To o tyle istotne, ponieważ Milton Friedmann jest duchowym guru wielu kluczowych technokratów, np. polskich ministrów finansów.
Myśl neokonserwatywna w obszarze polityki gospodarczej sprowadza się do trzech wzajemnie powiązanych aspektów: likwidacji sfery publicznej (prywatyzacja), pełnej swobody działania korporacji oraz redukcji wydatków socjalnych do minimum. Obecnie możemy obserwować implementację tej ideologii w czystej postaci w Grecji. Oszczędności i cięcia w sferze publicznej, prywatyzacja (przejęcie majątku państwowego przez korporacje) oraz odbieranie przywilejów socjalnych to główny pakiet reform narzucony greckiemu społeczeństwu przez międzynarodowe organizacje rynków finansowych. Warto podkreślić, że demokratyczny rząd Grecji, a zatem i samo społeczeństwo, ma niewiele do powiedzenia o tak istotnych zmianach w ich życiu. Innymi słowy, demokratyczne społeczeństwa przy okazji pożyczek są zmuszane do wdrażania reform zgodnych z żądaniami świata biznesu. Skłania to do postawienia pytania o rzeczywisty koszt pożyczek. Zwłaszcza, że w warstwie narracyjnej przedstawiane są one jako „pomoc” czy też „zbawienie” („jedyny ratunek”), a Grecy to „motłoch protestujący na ulicach”.
Ta sytuacja wprost przywodzi na myśl opisywaną przez Naomi Klein w „Doktrynie szoku” friedmannowską teorię „hipotezy kryzysu”. Jak dowodzi Friedmann „Tylko kryzys – rzeczywisty lub postrzegany – prowadzi do realnych zmian. Kiedy taki kryzys nastąpi, rodzaj podejmowanych działań będzie zależał od tego, jakie pomysły dominują na rynku idei. I tutaj dostrzegam nasze najważniejsze zadanie. Musimy stwarzać alternatywy dla istniejących rozwiązań, mówić o nich i utrzymywać je przy życiu, aż pewnego dnia to, co politycznie niemożliwe, stanie się politycznie nieuniknione”. Innymi słowy – radykalne reformy trzeba narzucić niezwłocznie, zanim wstrząśnięte kryzysem społeczeństwo zdąży się im przeciwstawić.
Kryzysy w tym rozumieniu są zatem pewnego rodzaju „strefami wolnymi od demokracji „ – lukami w polityce w których zasady kompromisu i konsensusu obowiązują jedynie w ograniczonym zakresie. Filozofia ta przeniknęła już nawet to kultury masowej w postaci społecznego przekonania o tym, że „każdy rząd ma tylko kilka pierwszych miesięcy na ewentualne reformy tak, aby ich skutki były odczuwalne przed upływem kadencji”. Takie nastawienie ma istotne konsekwencje również dla polskiej polityki, w dużym stopniu determinowanej ekonomicznie przez myśl Friedmanna. Zarówno w przypadku ACTA jak i innych działań obecnej administracji (lista leków refundowanych, projekty infrastrukturalne, itd.), rząd poczuł się uprawniony do – co najmniej – nie zawracania sobie głowy „głupotami” (konsultacjami, dialogiem społecznym, etc.). Podobnie jak rząd amerykański wprowadzając przepisy antyterrorystyczne (będące jednocześnie antyobywatelskimi), rząd polski w czasach kryzysu poczuł się uprawniony do działania w stanie „wyższej konieczności”. Ten stan mentalny wspólnie z rynkiem idei dominującym w obecnym rządzie doprowadził do gabinetowej konkluzji, że ACTA nie jest właściwe niczym złym – wypełnia przecież friedmannowską wizję likwidacji sfery publicznej w obszarze wartości intelektualnej i przekazuje ją korporacjom.
Mogłoby się wydawać, że obecna tyrania kapitału wyrażająca się sprowadzaniem wszystkiego do relacji ekonomicznych przy braku realnych alternatyw (socjalizm) i przyjęciu pozycji mentorskiej w stosunku do zachodniej demokracji (rządy są wybierane demokratycznie, ale realizują politykę ekonomiczną dyktowaną przez rynki finansowe) będzie modelem przyszłego społeczeństwa.
Jednak podobnie jak pod koniec Średniowiecza sprowadzanie wszystkiego to teologii okazało się nieadekwatne do nowej sytuacji, obecnie rozpatrywanie wszystkiego z punktu widzenia ekonomii nie przystaje do rodzącego się świata cyfrowego społeczeństwa. W tym kontekście ekonomię należy zaklasyfikować raczej jako ideologię a nie naukę – co usilnie próbują wmówić społeczeństwom demokracje zachodnie.
Jest to jednak broń obosieczna, ponieważ rozpatrywanie wszystkiego przez pryzmat ekonomii sprawia, że traci się z oczu inne czynniki wpływające na proces przemian społecznych. Handel to poza wymianą materialną również transfer idei, czego najlepszym przykładem jest zbieżność oczekiwań firm internetowych z oczekiwaniami społecznymi w obszarze ACTA. Podmioty internetowe oparte na wartościach wolności i otwartości bazujących na filozofii web 2.0, są konglomeratem wspierającym kolektywny a nie indywidualny model społeczny (w przeciwieństwie do kapitalizmu). To właśnie firmy technologiczne tworzą przecież narzędzia realizujące potrzeby człowieka cyfrowego. To, co określane jest przez zwolenników Friedmanna jako „urządzenia zaprojektowane z myślą o łamaniu praw autorskich”, dla społeczeństwa cyfrowego jawi się jako „urządzenia zaprojektowane z myślą o urzeczywistnieniu praw obywatelskich”.
Formujące się społeczeństwo cyfrowe opiera się zatem na triadzie Ekonomii, Technologii i Ekologii -jako odpowiednika „świata naturalnego” niestworzonego ręką człowieka, a determinującego zarówno Ekonomię (ograniczenia emisji, inwestycje w źródła odnawialne, itd.) jak i Technologię. Temat Ekologii jako jeden z trzech czynników opisujących społeczeństwo cyfrowe jest tym bardziej interesujący, że jest to sfera największej sprzeczności pomiędzy przekonaniami ludzi a praktycznym życiem. Ponadto Ekologia jest jednocześnie tym elementem triady, który zawiera w sobie kolektywny model odpowiedzialności spisując jednocześnie na porażkę indywidualizm. Obecnie najszerzej w kontekście społeczeństwa cyfrowego została opisana Technologia. Najogólniej rzecz ujmując – z powodu różnic adaptacyjnych – czynnik technologiczny wpłynął na rozwinięcie się alternatywnego wobec oficjalnego dyskursu społecznego w internecie. Technologia w której zawiera się komunikacja (technologie wiedzy) przekształciła się z komunikacji opartej na faktach w komunikację opartą o narrację. To zderzenie „świata telewizyjnego” ze mediami społecznymi sprawia, że porozumienie pomiędzy władzą (polityczną, ekonomiczną, religijną) jest trudniejsze niż wcześniej. Debata na temat ACTA nie może wejść z tego powodu w konstruktywną fazę, ponieważ rząd chce rozmawiać o faktach: zapisach w traktacie, ustawach i sprowadzić dyskusję to tego pojedynczego zagadnienia, a strona społeczna (cyfrowa) odrzuca rozmowy bez poniesienia szerszego kontekstu: roli i postępowania rządu, praw obywatelskich czy systemu konsultacji społecznych jako takiego. Kontrowersja ACTA to zderzenie podejścia ekonomicznego („czas to pieniądz” – załatwmy to tu i teraz) z podejściem interesu społeczeństwa kolektywnego („nic co istotne społecznie nie może być rozpatrywane przez wymiar kosztów ekonomicznych”). W pewnym sensie dyktat ekonomii zrodził społeczeństwo podważające jej sens. Odwracając tezę Rousseau – „wraz z podwyższaniem się poziomu życia ludzi rośnie poziom ich dążeń i aspiracji”. Oczywiście można zapytać, na ile hołubiony przez kapitalizm indywidualizm ponosi klęskę, a na ile kolektywizm polityczny społeczeństwa sieci jest wynikiem osiągnięcia przez jednostkę maksimum korzyści. Innymi słowy – czy ludzie dostrzegli, że działając indywidualne na rzecz własnego dobra są w stanie osiągnąć mniej niż działając wspólnie.
W swoim założeniu indywidualizacja kapitalistyczna dąży do rozbicia „zbiorowej analizy”, aby ułatwić przejęcie kontroli nad społeczeństwem (Strauss). Kolektywna inteligencja cyfrowego społeczeństwa – jako mechanizm kontroli społecznej – stoi zatem w opozycji do tego modelu.
Współczesny świat ukształtowany przez ekonomię, a uzurpujący sobie prawa do wartości starożytnej Grecji, szczególnie w obszarze demokracji i wolności, nie mógłby bardziej różnić się od wyobrażeń Platona. Filozofia grecka definiująca świat poprzez naturę, prawo i sztukę (w tym np. sztukę dyskusji i argumentacji) niewiele ma wspólnego z urzeczywistnianiem się dzisiaj tych idei. Pomijając całkowity upadek sztuki i przekształcenie wytworów umysłu w towar, demokracja za sprawą ureligijnienia praw ekonomicznych wymknęła się moralnej kontroli – „wolność polityczna została zastąpiona apolityczną wolnością spożywania”. Filozofii klasycznej chodziło o ideał „dobrego życia”, a dziś zabiega się co najwyżej o ideał dostatniego życia. Według Hobbesa to co starożytni odbierali jako coś niskiego (strach o życie, schlebianie prymitywnym gustom), nowożytne czasy wywyższyły. Zatem to, że filozofia zachodniej demokracji jest przedstawiana jako taka, która ”wywodzi” się z Antyku nie oznacza, że jest ona antyczna. W istocie jest antyantyczna.
Demokracja zachodnia (oparta na indywidualizmie, równości i wolności) za sprawą profesjonalizacji polityki stała się demokracją z malejącym udziałem bezpośrednim. To, że raz na kilka lat wrzucamy kartkę papieru do drewnianej skrzynki, nie ma realnego wpływu na faktyczny udział w życiu politycznym. Zresztą, sami politycy zachęcają głównie do udziału w wyborach, a nie udziału w polityce – pozostawiając ten obszar we własnej gestii, niejako wyłączony z domeny obywatelskiej. O pojęciu wolności pisałem już wcześniej – jest ona coraz bardziej tożsama z pojęciem wolności ekonomicznej. W tym sensie zapisy konstytucyjne mają coraz bardziej wirtualny charakter i są raczej wskazówkami a nie prawem mającym realne przełożenie na życie zwykłych ludzi. W tym sensie „to co w kodeksie” rozmija się z tym „co na ulicy”. Jak stwierdza Strauss – sprawiedliwość zawiera się w konkretnych decyzjach a nie w ogólnych zasadach. W tym kontekście – tak długo wyczekiwana w Polsce – zachodnia demokracja stanowi wciąż raczej zbór postulatów niż praktyczną realizację dążeń i aspiracji społecznych.
Media społeczne stanowią bardziej dojrzały model analizy i refleksji społecznej niż tradycyjny system spotkań wyborczych, konsultacji w formie komitetów, manifestów czy stanowisk przesyłanych wzajemnie drogą listowną. Media społeczne posiadają dynamikę niezbędną, czy wręcz kluczową dla demokracji bezpośredniej. Nie są odarte z kontekstu czy emocji, nie posługują się zatem hermetycznym językiem i argumentami przynależnymi profesjonalnym politykom. Co więcej, „nowoczesna demokracja” sieci cyfrowych została stworzona przez amatorów, a nie klasę polityczną czy system mediów tradycyjnych – dotychczasowego reprezentanta interesów społecznych.
Być może wytłumaczeniem tego przesilenia jest praktyczne, dosłowne stosowanie zasad demokracji na podstawowym poziomie społecznym, a nie teoretyczne ujmowanie wolności przez polityków, mające niewiele wspólnego z rzeczywistą jej praktyką.
Śmierć autora
Skoro rewolucja cyfrowa przeciwstawiana jest wynalazkowi Gutenberga, musi to oznaczać zastąpienie obecnego systemu wiedzy nowym – ze zmianą formy, sposobu oraz charakteru utrwalania i przekazywania informacji. Rewolucja cyfrowa to nie prosta digitalizacja, ale zmiana struktury wiedzy.
Technologia umożliwia nam tworzenie kultury opartej zarówno na mowie, piśmie jak i telewizji (kultury multimedialnej). Kultura pisma nie jest multimedialna i opiera się na koncepcji autora, twórcy. W świecie cyfrowym trudno wyróżnić autora jako takiego. Nawet blogi tworzone są poprzez interakcję czytelników z autorem, a w jej wyniku powstaje finalna wartość. Sama skala zarówno ilości wytwarzanych informacji jak i to, jak dużo przekazów konsumujemy, sprawia że pojedyncze autorstwo przestaje odgrywać tak dużą rolę jak wcześniej. Sieć za sprawą social media (i bazowej dla nich filozofii web 2.0) w coraz większym stopniu opiera się na modelu kooperacyjnym w zakresie wytwarzania wartości. A skoro każdy jest twórcą, to wszyscy jesteśmy autorem.
Warto też rozważyć w pewnym sensie tożsamą dla pojęcia autora kwestię oryginalności utworu – “autorstwa”. Już ponad 40 lat temu w swoim eseju “Śmierć autora” Barthes dowodził, że “tekst jest tkanką cytatów, pochodzących z nieskończenie wielu zakątków literatury”, a właściwym twórcą tekstu jest czytelnik poprzez jego interpretację w trakcie czytania. Innymi słowy autor jest katalizatorem wcześniej już istniejących znaczeń, cytatów, doświadczeń które poddaje pod interpretację czytelników (wyrazem tych interpretacji są np. skrajne opinie w komentarzach pod tym samy tekstem czy filmem). Autor nie jest “ojcem ani właścicielem dzieła, ale jest się nim czytelnik”. Podobne spojrzenie miał Michael Foucault dla którego autor był wytworem kapitalizmu i jest jedynie “strukturą języka”.
W jaki bowiem sposób w rzeczywistości “oceanu danych” można sprawdzić oryginalność myśli czy autorstwo? Jak zdefiniować utwór, skoro mamy do czynienia z procesem nieustannej, nieokreślonej w czasie i przestrzeni modyfikacji dzieła. Pytaniem z zakresu filozofii sztuki jest również to, czy nawet niezmodyfikowane, ale otwarte na taką modyfikację dzieło należy uznać za zamknięte? Czy popularne filmy z YouTube pozbawione kontekstu społecznego (komentarzy, ocen, odpowiedzi) są tymi samymi utworami co oryginał na płycie CD?
W cyfrowej kulturze różnica pomiędzy autorem a odbiorcą zaciera się. Przynajmniej w dotychczasowym rozumieniu. Dlatego pojęcia takie jak “prawa autorskie” czy nawet Creative Commons należy rozumieć raczej jako “prawa wytwórczości intelektualnej”. Nadprzyrodzony autor jakiego znaliśmy nie istnieje w globalnym świecie cyfrowym. Pytanie zatem, czy zostanie on finalnie zastąpiony przez jednego kolektywnego meta-autora?
Dyskurs internetowy vs dyskurs “społeczny”
Zresztą jest trochę zamieszania z tymi terminami, ponieważ dyskurs internetowy jest realizowany za pomocą mediów społecznych (social media). Na potrzeby tego wpisu będę go określał jednak “dyskursem internetowym”, ponieważ jak pokazuje obecna praktyka – polityka, ekonomia, religia, media – nie włączają się w dyskurs internetowy (nie ma on zatem pełnej reprezentacji stron ważnych z punktu widzenia analizy społecznej). Z drugiej strony argumenty, czy raczej zestawy zasad dyskursu internetowego skutecznie już przenikają do dyskursu społecznego. Wniosek jaki zatem można postawić jest taki, że dyskurs internetowy próbuje dzisiaj wspóltworzyć dyskurs społeczny.
Dlaczego jednak nie zakończyć tej myśli w tym miejscu, umieszczając świat znaczeń (wartości) internetu w szeroko rozumianym kontekście społecznym?
Po pierwsze negocjowanie znaczeń w procesie komunikacyjnym w świecie tradycyjnym (dyskurs społeczny) i internetowym ma całkiem innych charakter. Dyskurs społeczny w tradycyjnym społeczeństwie ma hierarchię (poszczególni aktorzy różnią się znaczeniem: premier, ministrowie, eksperci, autorytety mediowe, prawnicy, ustawodawcy, etc.) oraz charakter odgórny (to aktorzy o większym znaczeniu nadają mu dynamikę i interpretują “głos ludu”). Internet ze swoimi oddolnymi, spontanicznymi i obywatelskimi mediami (zarówno social media jako sposób organizacji, przepływu i wymiany jak i sam język) jest zdecentralizowanym dyskursem w chmurze. Niewymuszony charakter komunikacji w social media konkuruje dzisiaj ze sterowanym system komunikacji społeczeństwa późnomedialnego.
Dlatego kluczowe dla debaty społecznej pojęcia , takie jak “wolność”, “równość”, “sprawiedliwość”, “uczciwość”, itd. są różnie rozumiane – zatem dyskurs społeczny rozmija się z dyskursem internetowym. Nawet jeśli obie strony używają tego samego języka. Nie da się w tym miejscu pomiąć tego, że dyskurs internetowy to domena młodszej części społeczeństwa – w przeciwieństwie do dyskursu społecznego, którego młodzi są ewidentnie marginalną częścią. Pod względem wartości młodzi są produktem tyranii kapitału a grupy władzy (władza polityczna, ekonomiczna i media) są wytworem kultu kapitału. Ich punkty widzenia różnią się zatem zasadniczo, tworząc odrębne rzeczywistości (np. dla jednych i drugich zarówno pojęcie, zatem również słowo “wolność” ma różne definicje). Według Richarda Rortyego, “rzeczywiste” to takie które zostaje stworzone w wyniku procesu rozwoju danej społeczności. Dlatego tworząca się dzisiaj internetowa rzeczywistość społeczna ma pewnego rodzaju zastępczy wymiar wobec właściwego dyskursu społecznego dla którego sieć jest albo zbiorem alkoholików i erotomanów którymi łatwo manipulować (prawica) albo “modelem dalekim od chińskiego” w kwestii cenzury (liberałowie).
Rosnące znaczenie komunikacji internetowej dla społeczeństwa (malejące znaczenie innych kanałów) i jednoczesna marginalizacja sieci w dyskursie społecznym sprawiły, że dyskurs internetowy nabrał dla młodych podstawowego znaczenia przed dyskursem społecznym. Między innymi dlatego warto zadać sobie pytanie – jak daleko dyskurs internetowy rozszedł się z dyskursem społecznym i politycznym. Czy można zatem rozważać je oddzielnie i czy wyrazem tego są polskie protesty przeciw regulacji internetu, anglosaskie manifestacje oburzenia na system kapitalistyczny, polityczne ożywienie w Rosji czy w końcu zjawisko arabskiej wiosny? Wszystkie te ruchy aktywne w ciągu ostatnich miesięcy miały wspólny mianownik w postaci internetu jako modelu społecznego wnioskowania i samoorganizacji. Podobnie jak wspólnym motywem kierującym tymi działaniami był szeroko rozumiany sprzeciw wobec kierunku w którym zmierza dyskurs społeczny (regulacja, kontrola internetu, podwyższenie kontroli i ograniczenie praw ekonomicznych, legitymacja autorytarnych rządów mechanizmami wyborczymi, ucisk moralny i ekonomiczny).
Wszytko to prowadzi do konkluzji, że internet przestał już pełnić rolę wentyla frustracji społecznych, ale stał się przestrzenią nastawioną właśnie na kształtowanie wartości opozycyjnych do źródeł frustracji. Nawiązując do Foucaulta można powiedzieć, że współczesne społeczeństwo egzekwuje swoją władzę nie tylko przez dostęp do informacji (wiedzy), ale również jej przetwarzanie i zwrotne przesyłanie “interpretacji społecznej” informacji. Dzięki internetowi struktura dostępu do informacji zmieniła się – ośrodki władzy w dalszym ciągu kontrolują kluczowe, niedostępne dla innych informacje, jednak wiedza zawarta w miliardach danych rozsianych po internecie (nieatrakcyjnych dla władzy) jest dzisiaj interpretowana i składana w całość przez kolektywną inteligencję milionów internautów. Zatem teoria “Long tail” (tzw. długiego ogona”) znajduje również zastosowanie w naukach społecznych. W tym kontekście – bardzo szeroki dostęp do mało znaczących jednostkowo informacji prowadzi do większych społecznie zysków niż oparcie się na małej ilości masowo dystrybuowanych danych.
Postawa młodych, pozbawionych perspektyw życiowych, kształtowanych w świecie wartości rozpatrywanych wyłącznie z punktu widzenia ekonomii, nastawiona jest na sprzeciw wobec tego, w jaki sposób rządy próbują “wytwarzać obywateli” (Foucault) którzy będą w najlepszy możliwy sposób wypełniać ich politykę. Demokracja liberalna w której funkcjonujemy w coraz mniejszym stopniu (przynajmniej w oczach dyskursu internetowego) realizuje umowę społeczną, zgodnie z którą to obywatele tworzą prawa ich dotyczące i jednocześnie godzą się na ich przestrzeganie. Założenie to opiera się na przekonaniu, że to obywatele wiedzą, co jest dla nich najlepsze. Tymczasem to nie obywatele tworzą dzisiaj prawa, ale “chmura wyzyskiwaczy” (rynki finansowe). Narzucając prawa ekonomiczne na równi z prawami naturalnymi establishment “zaprogramował” społeczeństwom mechanizm samosterujący przez które obywatele dają sobą kierować.
Tyle tylko, że dzięki internetowi młode pokolenia skutecznie unikają (izolują się) od narracji wszelkiej władzy. Nie jest to zresztą trudne i ciężko określić, czy nie jest to w pewnym stopniu proces samoistny. Z jednej strony warunkowany obniżoną i bardziej płytką adaptacją nowych narzędzi komunikacji przez starszych, a z drugiej przez rzeczywisty brak udziału polityków, ekonomistów, rodziców i autorytetów w dyskursie internetowym (z wyboru). Podobnie – współczesny system edukacyjny, kształtujący w założeniu młodych, jest niedostosowany do ich oczekiwań i doświadczeń sieciowych. Nastawiony na hurtową, przemysłową edukację i dostarczanie ludzi jako produktów “wartościowych dla rynku pracy” zderza się z sieciową rzeczywistością brutalnej indywidualizacji i transparentności odartej z prywatności - rozumianej jako “tajemnica tożsamości”. Nie pozwala to ośrodkom władzy programować przyszytych zachowań społecznych, a obserwowany dzisiaj kryzys tego podejścia sprawia, że coraz częściej sięga się po metody represyjne (cenzura, ograniczenia praw ekonomicznych, politycznych) w celu utrzymania kontroli (władzy).
Dyskurs społeczny skutecznie również zraził młodych do udziału w życiu politycznym z wykorzystaniem mechanizmów demokracji, takich jak choćby wybory. Nie oznacza to oczywiście, że te pokolenia wyzbyły się chęci udziału w debacie politycznej. Dzisiaj jednak toczą ją na swoich zasadach. Podobnie sieć jest dzisiaj elementem przemian moralnych nie tylko w obszarze wartości politycznych ale również osobistych. Dzięki powszechnie dostępnej i darmowej pornografii młode pokolenia mają za sobą “cichą rewolucję seksualną”. Co symptomatyczne, temat ten poza ujęciem interwencyjnym (przestępczość seksualna nieletnich) nie istnieje w mediach masowych (podobnie jak to miało miejsce w latach ’60 i ’70). Ten aspekt jest niezwykle istotny, ponieważ każda rewolucja moralna jest w istocie zmianą optyki politycznej i życiowej w ogóle.
Brutal Transparency jako model przyszłego społeczeństwa
Otwartość w udostępnianiu, przekazywaniu i dostępie do informacji jest wyznacznikiem “cyfrowości” społeczeństwa. Jako zbiorowość domagamy się od władzy, nawet tej demokratycznej, większej otwartości i przejrzystości. Przenosimy na instytucje społeczne nasze doświadczenia relacji międzyludzkich. Otwartość oznacza zaufanie, a zaufanie otwartość. Jeśli nie ufamy, żądamy informacji. Ukrywanie danych pozwala na manipulację. Tyle tylko, że w świecie sieci cyfrowych jest to coraz trudniejsze.
W tym kontekście warte podkreślenia są również notowane w ostatnich latach znane wycieki informacyjne, niejednokrotnie motywowane aktami nieposłuszeństwa społecznego (choć być może, rozpatrując to z punktu widzenia społeczeństwa cyfrowego należałoby to raczej nazwać aktami “odpowiedzialności społecznej”?).
Wyrazem wzajemnego zaufania rządu do obywateli jest skłonność do bezinteresownego udostępniania wszelkich informacji które nie są krytyczne dla istnienia państwa lub ochrony jednostek.
“Społeczeństwo informacyjne” to postawa moralna rządzących.
Główna oś protestów społecznych rozgrywających się obecnie na świecie, poczynając od kryzysu ekonomicznego spowodowanego samolubną (ukrywaną) polityką banków inwestycyjnych – po listę leków refundowanych dotyczy braku otwartości w dostępie do informacji. Na każdym etapie procesu, każdym poziomie szczegółowości i w każdej chwili.
Raz wytworzona informacja powinna być dostępna w nieskończoność.
Prowadzi to do wniosku, że każdy podmiot którego działania mają wpływ na życie innych powinien podlegać realnej kontroli – polegającej na udostępnianiu wszelkich danych w sposób aktywny.
Jutrzejsze społeczeństwo kształtuje się dzisiaj w świecie otwartości.
Media społeczne wyrosły z filozofii web 2.0 nastawionej na korzystanie z kolektywnej inteligencji, a same podlegają jedynie kontroli społecznej – kontroli kolektywnej inteligencji.
Możemy zatem mówić o przeciwstawieniu XX wiecznej koncepcji “kontroli społecznej”, realizowanej przy pomocy anachronicznego mechanizmu “konsultacji społecznych” (będącego w praktyce mechanizmem konsultacji z instytucjami społecznymi) koncepcji kontroli kolektywnej inteligencji. Warunkiem, conditio sine qua non urzeczywistnienia kontroli kolektywnej inteligencji jest powszechny i nieskrępowany dostęp do informacji.
W proces dewaluacji modelu kontroli społecznej wpisuje się również stopniowa erozja mass mediów – poddanych tyranii kapitału (komercjalizacji) – jako tak zwanej “4 władzy” sprawującej w ubiegłym stuleciu funkcję reprezentanta interesów społecznych.
Dlatego oddzielanie procesów zachodzących w mediach (konflikt nowe-stare media), ekonomii (podważanie podstaw kapitalizmu) i społeczeństwach (postępująca cyfryzacja) nie pozwala uchwycić całości obrazu współczesnych przemian.

