Cyfrowe szczęście czy cyfrowa szczęśliwość?

Założenie, jeśli w ogóle tak można to nazwać, że narzędzia są w stanie dać człowiekowi szczęście, wydaje się najbardziej absurdalnym pomysłem na jaki mógł wpaść człowiek. To tak, jakby uznać, że lądowanie człowieka na Księżycu miało większe znaczenie niż odwaga Kopernika, w zanegowaniu przez niego panującego współcześnie intelektualnego status quo, obnażeniu słabości myślenia większości współczesnych mu ludzi, w tym przeciwstawieniu się wszystkim współczesnym autorytetom. Czy dziś nauka byłaby zdolna do takiego nonkonformizmu? W porównaniu z ludzkim wysiłkiem włożonym w realizację programu Apollo siła pojedynczego umysłu Kopernika chyba najlepiej prezentuje sprzeczność pomiędzy wiarą w narzędzia (jak?), a wiarą w człowieka (co?).

To, że człowiek zastąpił religię innym rodzajem wiary, nie zmienia istoty oparcia spojrzenia na świat o pewien system „niepodważalnych” doktryn. Nauka, na co zwracał uwagę już Kuhn, „nigdy się nie myli”, ponieważ zgodnie z kumulatywną teorią rozwoju wiedzy, jej twierdzenia są przeformułowywane wraz z „nowymi odkryciami” (kolejnym krokiem odsłaniania świata zmysłowego). „Aktualny stan wiedzy naukowej” oznacza zawsze absurdalne opieranie się (wiarę) na tym, że dzisiaj mylimy się „nieznacznie” względem tego, co „było” i „będzie”.

Niestety dla nauki, filozofia jest w stanie wejść w stan umysłu, w którym wszystkie kwestie naukowe zostały już potencjalne „wyjaśnione”, a życie zostało pozbawione jakiejkolwiek tajemnicy. Bo przecież to jest kwintesencją nauki – zbudowanie ostatniego mostu, a zatem sprawienie, że naukowcy przestaną być potrzebni. Nauka zmierza zatem do autodestrukcji.

Z drugiej strony, jeśli cele nauki („poznanie/wytłumaczenie/zrozumienie świata?”) nie mogą zostać nigdy osiągnięte, nauka będzie zawsze sprzeczna sama ze sobą. Stawiając sobie pozarealne cele staje się w istocie systemem mistycznym. Tak, czy inaczej „spełniony” naukowiec może być tylko filozofem. Czyli tego rodzaju umysłowością z jaką wydaje się dzisiaj doskonale sprzeczny.

Nauka, zwłaszcza nauka epoki cyfrowej, dąży do urzeczywistniania „szczęścia”. Filozofia jeśli w ogóle do czegokolwiek dąży, to do wskazywania nieuchwytnego. Do tego, aby zdefiniować granicę poznania, aby zdefiniować człowieka. Jako słabego, niezdolnego do wykraczania poza swoją złożoną naturę. Narzędzia zawsze służyły skrywaniu granic siebie samych (i jednocześnie nas samych). Odsuwaniu od nas samych myśli o nas samych. Dlatego wiara, że inżynierowie zbawią świat (ekonomiści już chyba nie dadzą rady), a nas wraz z nim, jest niczym innym jak kolejnym rodzajem wiary. Być może przydatnej, ale nieużytecznej dla poznania nas samych.

Cyfrowe szczęście jest nam dzisiaj sprzedawane w taki sam sposób jak biblijny Eden, w którym dusza („osobowość”) oddzieli się od ciała i będzie „żyć” wiecznie (założenie, że człowiek został powołany do wiecznego życia i nieśmiertelności jest jednym z najstarszych założeń religijnych – na co dzień doświadczamy przecież czegoś zupełnie odwrotnego, takich prostych analogii w ideologii cyfryzacji można odnaleźć niemal tyle samo co stron w Biblii, można nawet przyjąć, że „świętą księgą” cyfryzacji jest Internet). Zapominamy tylko, że warunkiem wejścia/wyjścia z tej krainy szczęśliwości jest powstrzymywanie się od rozróżniania dobra i zła (są tylko „zasady”, „regulaminy”).

Jeśli uwierzymy wystarczająco mocno w cyfrowy raj, być może stworzymy (zaprojektujemy, zaprogramujemy) człowieka specjalnie przeznaczonego do odczuwania szczęścia w takim właśnie miejscu. Nie można jednak zapomnieć, że dobro nie istnieje bez zła. Jak nazwać świat pozbawiony dobra i zła? Wirtualny? Musimy pamiętać, że to w właśnie Raj, w którym ten kto ustala zasady, pozostaje z założenia niedostępny dla jego mieszkańców, jest wzorem wszelkich utopii.

Nie bez znaczenia jest również wspomniana powyżej relacja sprzedawca szczęśliwości – konsument szczęśliwości (kto nam sprzedaje cyfrowy raj?), w którym sprzedawca stawia siebie nie „ponad” ale poza zasadami w nim obowiązującymi („regulaminem cyfrowego raju”), przedstawiając nam prawa tam obowiązujące jako prawa naturalne niedostępne dla człowieka.

Niestety nauka skupiona na własnym uczuciu zadowolenia opartym na coraz skuteczniejszym wkręcaniu śrubek w cyfrowym sklepieniu, nie jest w stanie rozróżnić szczęśliwości od szczęścia ani przyuczania od rozumienia.