Uniwersalistyczna kolonizacja

Usieciowione społeczeństwo to społeczeństwo pewnej ideologii. Ideologii, która odbiera krajom, narodom, regionom własnych obywateli. Konwertuje jednostki poprzez włączanie ich w krąg wartości uniwersalnych. Formalni obywatele wymachujący formalnymi symbolami na formalnych eventach patriotycznych nie są jednak już prawdziwymi obywatelami. Bliżej im do wartości globalnych, uniwersalnych, wyznawanych setki i tysiące kilometrów dalej. Dalej im do drzwi, podwórka, ulicy obok. Tam rozpościera się Ciemnogród, nacjonalizm, homofobia, konserwatyzm, prostota i nieświadomość. Ciemnogród, który członkowie globalnej kultury korporacji rozświetlają przekonaniem o wyższości swoich wartości. Nowi Rzymianie, dla których tubylcy są przydatni dla wypełniania funkcji pomocniczych. Są oni konieczną, nieuniknioną infrastrukturą. Skazaną zresztą na modernizację. Na wyrównanie szans, wyrównanie zapóźnień, remont i przebudowę.

Uniwersalistyczne megaorganizacje tworzą własny, wirtualny ustrój. Ustrój mentalny. Ustrój w którym obywatelstwo jest wirtualne i nie wymaga wcale przekształcania świata materialnego. Ten typ kolonizacji nie pozostawia trwałych śladów w kulturze materialnej. Odciski te, jeśli są widoczne, oznaczają już przekształcenie systemu wartości właściwych obywateli, właściwej kultury tubylczej. Zawsze kiedy słyszymy „postęp”, „innowacja”, „zmiana” możemy być pewni, że jest to właśnie pochwała autorefleksji nad anachronizmem lokalnej kultury. Lokalnej, nie tylko w rozumieniu przestrzennym.

Inżynierowie postępu, używając określenia XIX wieku – establishment, niemal zawsze przynależą do 1% konwertytów, którzy nie potrafią zaakceptować innego świata, niż świat uniwersalistyczny. Własne dzieci wysyłają do elitarystycznych szkół, obiecując socjalistyczny, cyfrowy Eden, który nie jest już nawet kiełbasą, którą można zjeść. Proletariatyzacja wiedzy doprowadziła do zaniku jej wartości. Żyjemy w świecie uczonych biedaków. Zresztą wiedza jest stale reorganizowana. W świecie gospodarki opartej na wiedzy oznacza to niewolę nauki aż do śmierci. Naukę tego, co w nowej chwili jest już nieaktualne.

W szerszym kontekście – to nie kapitalizm, ale miasto wygrywa cywilizację. Miasto nigdy nie było miejscem. Miasto zawsze było procesem. Usieciowienie zbliża miasta i alienuje region. Liczy się proces a nie treść. Treść jest pozbawiana kontekstu poprzez niepewność desygnatów. Treść jest tylko wypełniaczem. Masą. Plasteliną, która zawsze dostosowuje się do naszych wyobrażeń. To nie jest świat, który możemy akceptować lub nie. To raczej świat, który zaczyna akceptować nas.

Barbarzyńcy nie dostrzegli wyższości wartości świata uniwersalistycznego. Świat uniwersalistyczny zabija w sposób cywilizowany. Zabija dronem. Wojownicy przyszłości, to płaczący operatorzy robotów zapełniający leżanki psychologów przed wizytą w fastfoodzie. Zabijanie kałasznikowem nie jest cywilizowane. Jest poniżej wartości uniwersalistycznych. Jest obłudne. Jest złe. Choć tak naprawdę w świecie uniwersalistycznym nie istnieje już pojęcie dobra i zła. Uniwersum zastępuje, zespala piekło i niebo, zespala ja i my, zespala tu i tam. To kategorie barbarzyńskie. Kategoria lokalna. Jak koncepcja piekła i nieba. Koncepcja miejscowa. W uniwersalizmie istnieje tylko to, co legalne i nielegalne. Jednak kiedy prawa są uchylane (legalizacja jako uświęcanie) i uchwalane w miarę potrzeb, to wczorajsi złoczyńcy stają dzisiejszymi świętymi.  Dla uniwersalizmu zarówno dobro jak i zło barbarzyńców zawsze jest złem.