Synkretyzm a uniwersalizm

Każda wiedza zaczyna się od definicji. Przynajmniej tak chciała starożytność. A przynajmniej jej część, bo przecież starożytności nie możemy uznać w żadnym wypadku za homogeniczną. Zresztą uniwersalizm i synkretyzm nie są nowymi koncepcjami. Reinterpretujemy je na nowo aby oswoić chaos bieżącego kontekstu.

Oba pojęcia ukonstytuowane są na dążeniach: zjednoczenia, pogodzenia, ogarnięcia, objęcia, zdominowania (a zatem zawładnięcia). Zakładają potrzebę harmonizowania, mieszania, kolażu, remiksu. Aspirują do tytułu superfilozofii. Czy jednak słusznie?

Synkretyzm jako koncepcja harmonizowania możliwie wielu idei wydaje się wewnętrzne sprzeczny. Jak bowiem można „harmonizować” coś, co jako jedyne ma pozostawać niezmienne? Jeśli w ogóle można sobie wyobrazić próbę harmonizowania różnych niezmienności uzyskamy coś na kształt obowiązującej, paradoksalnej wizji społeczeństwa – jako zbioru jednostek, w którym każde, wydawałoby się indywidualne „ja” jest jednak sprowadzone do kolektywnego ja-będącego-elementem-my. Zatem każdego „ja” będącego ułamkiem „my”. Podobnie jest z synkretyzmem uniwersalistycznym. Osiągnęliśmy indywidualizm, który jest konkurencją w świecie, w którym wszystko jest kolektywne.

Być może jednak przyjmujemy błędne (pozbawione współczesnego kontekstu) założenia na temat niezmienności czy indywidualności? Może warto zapostulować, że zarówno w odniesieniu do uniwersalizmu czy synkretyzmu posługiwanie się logiką nie jest konieczne? Logika to przecież również jedna z filozofii (monofilozofii współczesności zachodniej, która jak się okazuje nie potrafi jej już tłumaczyć). Nie można oświetlać za pomocą struktury jednej (starożytnej!) filozofii, filozofii innej. Tym bardziej, że problematyczne wydaje się nawet porozumienie co do nazwania, a zatem zdefiniowania epoki w jakiej przystępujemy do tych rozważań. Zwłaszcza że synkretyzm oferuje nam kolaż czegoś co istnieje, istniało lub może istnieć równolegle czy też niezależnie. W tym sensie synkretyzm sam nie może się spełnić.

Nie może istnieć koniec historii jeśli nie istnieje jej początek. Życie nie ma początku ani końca, stanowi jedną nierozłączną całość. Jednak synkretyzm wydaje się mimo tego ciekawy. Jako właśnie ta całość. Tak jak życie, stanowi całość tego co istnieje, istniało czy może (właśnie) istnieć równolegle czy niezależnie. Na co możemy się natknąć. Ale nie musimy lub nigdy nie natkniemy.

Z punktu widzenia całości, z czym już bliżej do uniwersalizmu, synkretyzm zmierzający do pogodzenia każdego systemu wartości, wydaje się wyłaniać z obecnej sfery „kulturowej”. Synkretyzm jest nie tyle możliwy do zaakceptowania przez wszystkich, co jest niemożliwy do odrzucenia w całości przez kogokolwiek. Wynika to z samego charakteru epoki, która promując indywidualizm, nieograniczoną kreację, powołała jednak z jakiegoś powodu – kolektywizm oraz potrzebę nowego. Za tą potrzebą stanęła ideologia postępu.

Synkretyzm uniwersalistyczny można by określić jako rekonstrukcjonalizm. Niezgodność z przeszłością i przyszłością, zgodność tylko z teraźniejszością. Choć chyba to i tak zbyt wiele. Zgodność z teraźniejszością to w istocie – także – zgodność z „wieczna chwilą”. To właśnie zbliża uniwersalizm do synkretyzmu. Niekoherencja. Bowiem problemem współczesności nie jest płynność, ale nieciągłość i niewspółmierność. Rekonfigurując chwile oderwane od historii skazani jesteśmy na codzienne odkrywanie rzeczywistości. Jednocześnie wyłącznie dzięki ucieczkom od rzeczywistości (chwil) daje się w niej funkcjonować. Ale przecież jest to w istocie funkcjonowania poza nią, poza chwilą, która właśnie upłynęła.

Jesteśmy zbieraczami. Kolekcjonerami chwil. Chwil rzeczywistych lub chwil wiecznych, które żyją w nas przez całe życie w formie wspomnień-historii. Są one jednak tylko zbiorem pozornie utraconego czasu. Myśleć! To tworzyć czas. Zbieranie chwil, jak znaczków w klaserze albo punktów w grze jest tylko opóźnioną harmonią. Harmonią, która tworzy pozorność (osiowości) czasu. Umożliwia powołanie „początku” i „końca”.

Czas to wirtualność przyszłości. Dlatego nowoczesność to dowolny porządek. Przechodzenie od przyszłości do przyszłości.

Łączenie sprzecznego lub pozornie sprzecznego może zawsze zostać odwrócone. Może też być podważane jak każda sprzeczność (logika jest i będzie częścią synkretycznej ramy). A zatem może być dyskutowane, co zapewnia trwałą rekonfiguracyjność.

Synkretyzm i uniwersalizm są w swojej istocie koncepcjami władzy. Koncepcjami takiej czy innej dominacji. Władzy, której właściwie „nie zależy” co jest źródłem dominacji.

Ciągła rekonstrukcja oznacza także możliwość cofania się (w rozwoju, możliwość „powrotu”), a zatem możliwość cofnięcia „się” w czasie, cofnięcia czasów lub też ich niewspółbieżność. O jakiej zatem historii mówimy? I o końcu której z tych historii? Od jakiego początku wychodzimy „teraz” i  „za chwilę”?

Czy będziemy się jednocześnie przybliżać i oddalać od uniwersalności Fukuyamy? Dlaczego została wyznaczona ta granica? Po to aby określić cel, czy ramę? Czy uniwersalne (państwo, społeczeństwo, kultura, wartości, etc.) nie jest zatem „ostatecznym pojemnikiem”? Pojemnikiem, który jest odkształceniem w przestrzeni. Strukturą innego typu – strukturą trwale rekonfiguratywną. Żyjącą strukturą lub strukturą życia. Byłoby to w pewien sposób zgodne z koncepcję Toynbee’ego zakładającą niestabilność organizacji (struktury) uniwersalistycznej.

Przyszłość nie potrafi uzasadnić swojego istnienia. Dlatego nasze działania są jedynie usprawiedliwieniem dla naszej zdolności myślenia.