Społeczeństwo dada

Słowa zostały już tak zużyte, że napisanie czegokolwiek traci jakikolwiek sens. Być może również stąd, także u mnie, chęć poszukiwania nowego języka i redefinicji znaczeń. Tyle tylko, mam wrażenie, że to już było. To znaczy, jeśli skumulowana wiedza nas czegoś uczy, to właśnie tego, że zmiana języka niczego nie zmienia. Zmienia tylko naszą optykę rzeczywistości, ale nie pogłębia naszego jej rozumienia. Pozostawiając język w spokoju możemy spróbować zmienić struktury, ponieważ zmiana struktur pociągnie za sobą, bez zmiany języka, zmianę znaczeń. I to jest chyba bardziej pociągająca ścieżka (mimo wszystko). Tyle tylko, że język struktur, to również rodzaj języka.

Dlatego musimy porzucić struktury, które potrafimy sobie wyobrazić. Sięgnąć poza strukturę doświadczeń, z których składa się wyobraźnia, z których składa się obecny język. Jak bowiem trafnie poznać coś, czego dotychczas nie doświadczaliśmy? Zastosowanie dotychczasowych struktur sprawi, że to nowe „coś” zapośredniczy cześć „siebie” od wykorzystanej struktury. Będzie zatem w ten czy inny sposób analogią. Czymś już znanym. Jednak tylko pozornie. Takie ujmowanie rzeczywistości prowadzi, wraz z „kumulacją” ujęcia analogicznego, do coraz większego rozdźwięku pomiędzy właściwością rzeczywistości a (pozornie poprawnymi) strukturami.

W przypadku próby zrozumienia „kumulatywnych” przemian na poziomie społecznym efektem tego „błędu struktur” może być poczucie wadliwości systemu. Zresztą, sama koncepcja kumulatywności wydaje się być mocno zagrożona w ogóle. Jak bowiem pogodzić współistnienie mechanizacji, automatyzacji i algorytmizacji? Współbieżność także jest tylko pozornym rozwiązaniem, ponieważ mówimy również o braku sekwencyjności czy przeciwbieżności. Nie jest to, bowiem proste następstwo mechanizacja-automatyzacja-algorytmizacja, ale szereg różnych konfiguracji i rekonfiguracji (mechanizacja, automatyzacja i algorytmizacja mogą się m.in. cofać).

Dlatego takie pojęcia jak: społeczeństwo cyfrowe (informacyjne), cyfryzacja, społeczeństwo, grupa społeczna, władza, struktura społeczna, itd. pochodzą z innego wymiaru strukturalnego i nie da się ich już wtłoczyć na siłę w złożoność.

Jest niemal pewne, że wszystkie rynki ulegną wirtualizacji i oderwą się od realnej gospodarki („wytwórczości i świadczenia usług”). Kierujemy się zatem w stronę „kapitalizmu pochodnego” („nowy kapitalizm” Castellsa wydaje się w tym kontekście próbą oswojenia tyranozaura), w którym źródłem wzrostu nie jest już kapitał, ale innowacja (tu Castells ma rację). Przy czym definicja tej innowacji brzmi: „innowacja, to coś, o czym nikt nie pomyślał, zanim się o tym nie dowiedział” (wykraczanie poza wyobraźnię). W tym sensie innowacja dotyczy również władzy. Źródła wzrostu (zakresu) władzy tkwią w innowacji. A zatem w przypadku społeczeństwa uniwersalnego nie tkwią już w strukturach kumulatywnych, ale (paradoksalnie) w odrzuceniu pojęcia władzy. Chcąc rządzić, trzeba oprzeć się na założeniu, że „rządzić się już nie da”.

Z punktu widzenia społeczeństwa uniwersalnego dotychczasowe społeczeństwa posiadają właściwości instytucji a nie społeczeństwa, co więcej – posiadają cechy instytucji totalnych. W tym sensie, definiowanie obecnego stanu rzeczy, jako płynnej nowoczesności równie dobrze może przyjąć formę płynnej totalności. Wydaje się, że bliższą analogią niż płynność jest senność, czy sen, jako taki. Rozumiany, jako (strukturalny) brak możliwości rozróżnienia pomiędzy rzeczywistością a wirtualnością. Stan, w którym to, co realne jest źródłem tego, co wirtualne, choć ciągle wydawać się może, że wirtualne jest rzeczywiste. W takim świecie każdy może być każdym, a wszystko może być wszystkim. To świat, w którym nie ma miejsca na neutralność, która przecież sprzyja stabilizacji. Nikogo nie stać na obiektywizm. Sen jest wyłącznie subiektywny, pozostaje poza kategorią obiektywności i racjonalności.

Co ma do zaoferowania praktyka społeczeństwa (socjologia)?

Jedynie poczucie winy lub poczucie krzywdy. Liczy się postępowanie. Nawet nie postępowanie „zgodne z…”, ale po prostu postępowanie. Następstwo zdarzeń. Pragmatyczny ruch „ku” przyszłości. Ku „kiedyś”. Z tego poziomu nie da się dostrzec morfizmu społecznego. Społeczeństwo nigdy tak naprawdę nie istniało. Ta, tak użyteczna etykieta modelu, stała się tak estetyczna, że zawładnęła rzeczywistymi działaniami, które próbowały imitować abstrakcyjny model. Dlatego możemy mówić jednocześnie o destrukcji i trwałości, o płynności i strukturach, o człowieku i systemie, itd.

To trochę takie zdziwione wrażenie dziwności. Jak daleko musi posunąć się automatyzacja, abyśmy zdołali ją dostrzec? Kiedy dostrzeżemy algorytmizację, która pochłania już automatyzację?

Rozmawiajmy dalej o cyfryzacji. Przebudzenie z tego wirtualnego snu i powrót do rzeczywistości mogą okazać się bardzo brutalne. Algorytmizacja, to coś, czego nie potrafimy sobie uświadomić, a co dopiero wyobrazić. Systemy programują nasze zachowania w coraz większym stopniu. Zapominamy nawet język, którym moglibyśmy się sprzeciwić. Nie ma już języka buntu (wszystko jest przesadzone, a zatem każdy bunt będzie trywialny). Stajemy się pragmatyczni, patrząc przez okno, za którym przesuwa się coraz węższy przedział tego, co jest nam dostępne: niewiedza-archeologia-historia-teraźniejszość-futurologia-niewiedza. Choć wydaje się, że alternatywa, lub – będąc zgodnym z samym sobą – współbieżność: wolność-tolerancja-wieloznaczność-nonkonformizm-uniwersalizm, jest w dalszym ciągu dostępna.