Śmierć autora

Skoro rewolucja cyfrowa przeciwstawiana jest wynalazkowi Gutenberga, musi to oznaczać zastąpienie obecnego systemu wiedzy nowym – ze zmianą formy, sposobu oraz charakteru utrwalania i przekazywania informacji. Rewolucja cyfrowa to nie prosta digitalizacja, ale zmiana struktury wiedzy.

Technologia umożliwia nam tworzenie kultury opartej zarówno na mowie, piśmie jak i telewizji (kultury multimedialnej). Kultura pisma nie jest multimedialna i opiera się na koncepcji autora, twórcy. W świecie cyfrowym trudno wyróżnić autora jako takiego. Nawet blogi tworzone są poprzez interakcję czytelników z autorem, a w jej wyniku powstaje finalna wartość. Sama skala zarówno ilości wytwarzanych informacji jak i to, jak dużo przekazów konsumujemy, sprawia że pojedyncze autorstwo przestaje odgrywać tak dużą rolę jak wcześniej. Sieć za sprawą social media (i bazowej dla nich filozofii web 2.0) w coraz większym stopniu opiera się na modelu kooperacyjnym w zakresie wytwarzania wartości. A skoro każdy jest twórcą, to wszyscy jesteśmy autorem.

Warto też rozważyć w pewnym sensie tożsamą dla pojęcia autora kwestię oryginalności utworu – „autorstwa”. Już ponad 40 lat temu w swoim eseju „Śmierć autora” Barthes dowodził, że „tekst jest tkanką cytatów, pochodzących z nieskończenie wielu zakątków literatury”, a właściwym twórcą tekstu jest czytelnik poprzez jego interpretację w trakcie czytania. Innymi słowy autor jest katalizatorem wcześniej już istniejących znaczeń, cytatów, doświadczeń które poddaje pod interpretację czytelników (wyrazem tych interpretacji są np. skrajne opinie w komentarzach pod tym samy tekstem czy filmem). Autor nie jest „ojcem ani właścicielem dzieła, ale jest się nim czytelnik”. Podobne spojrzenie miał Michael Foucault dla którego autor był wytworem kapitalizmu i jest jedynie „strukturą języka”.

W jaki bowiem sposób w rzeczywistości „oceanu danych” można sprawdzić oryginalność myśli czy autorstwo? Jak zdefiniować utwór, skoro mamy do czynienia z procesem nieustannej, nieokreślonej w czasie i przestrzeni modyfikacji dzieła. Pytaniem z zakresu filozofii sztuki jest również to, czy nawet niezmodyfikowane, ale otwarte na taką modyfikację dzieło należy uznać za zamknięte? Czy popularne filmy z YouTube pozbawione kontekstu społecznego (komentarzy, ocen, odpowiedzi) są tymi samymi utworami co oryginał na płycie CD?

W cyfrowej kulturze różnica pomiędzy autorem a odbiorcą zaciera się. Przynajmniej w dotychczasowym rozumieniu. Dlatego pojęcia takie jak „prawa autorskie” czy nawet Creative Commons należy rozumieć raczej jako „prawa wytwórczości intelektualnej”. Nadprzyrodzony autor jakiego znaliśmy nie istnieje w globalnym świecie cyfrowym. Pytanie zatem, czy zostanie on finalnie zastąpiony przez jednego kolektywnego meta-autora?

  • annia

    W dobie dzisiejszej cyfryzacji każdy z nas przynależy do „światowej globalnej wioski”. Nie znam ani jednej osoby, która nie posiada facebooka, naszej klasy czy tweetera. Chociaż są jeszcze wyjątki, ja do nich nie należę, ale Piotr Najsztub owszem. Internet nie jest już dobrem medialnym tylko towarem, a jak wiadomo każdy towar trzeba shandlować. W internecie jest sprzedawane wszystko a przedewszystkim nasza prywatność (począwszy od testów ciążowych, skończywszy na szatach liturgicznych).

    I gdze w tym wszystkim autorstwo? Cy ktoś w tym wszystkim doszukuje się autora? Autorstwo nie przeminęło z wiatrem, jednak niewielu z nas może być jak Wisława Szymborska czy Andersen. Nastąpiła modyfikacja pojęcia autor jak również autorstwo. Zasady są po to żeby je łamać, a internet jest miejscem łamania wszelakich zasad.

    Mimo wszystko ja nadal czuję się autorką własnego życia i rzeczy tak trywialnej, co równie ważnej, jaką dla mnie jest poezja.

  • http://blogroboczy.wordpress.com dzielinska

    „Dum spiro spero”, w odpowiedzi na to Hamlet powiedziełby „być albo nie być, oto jest pytanie”. Autorów tych cytatów nigdy nie zapomnę. Mądrośc nie świadczy o wielkości człowieka, lecz o tym jakim człowiekiem się jest. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że słowo „autor” nie jest tak znaczące i poważane jak miało to miejsce kilkanaście lat temu. Kolejny raz nawiążę do wiary w człowieka i jego wartości w odnieieniu do dnia dzisiejszego. Nigdy nie byłam, ale może i kiedyś będę autorem zapadającego w pamięć: czynu, wypowiedzi, dokonania, odkrycia, opowiadania, piosenki etc. Głęboko wierzę w to, że śmierć autora nie nastąpi mimo, a może i dzięki ogromnemu postępowi technicznemu. Dla mnie finezja, oryginalność, polot, fantazja, wyczucie to atrybuty „autora”.
    Nie zgadzam się z tym, że autor jest ojcem dzieła czy jego właścicielem, chociaż w obliczu prawa autorskiego tak jest. „Autor” jest marzycielem pokładającym wielkie nadzieje w człowieku.

    Zamiast narzekać powinniśmy cieszyć się z możliwości na polu popisu jakim jest internet. Kiedy tworzę, nie robię tego z myślą o jakichkolwiek korzyściach, lecz robię to z potrzeby np. serca, zaistniałej sytuacji, czy najzwyklej w świecie potrzeby przekazania lub podzielenia się wiedzą z innymi.

    Wszyscy jesteśmy zarówno odbiorcami jak i autorami. Dzięki wolności słowa możemy wyrazić siebie człowieka jako autora myśli, tekstu, teledysku, reportażu i być dumnym z tego, że ma to jakiś sens. Wierzę, że nadzieja umiera ostatnia.

  • annachelpa

    Internet jest faktycznie takim miejscem, gdzie tak naprawdę każdy może pozwolić sobie na dużo więcej niż w rzeczywistości i w związku z tym również każdy z nas może być autorem czy to poprzez dodanie jakiegoś filmu, czy też dzięki wypowiedzi na forum lub blogu. Zgadzam się z tym, że pojęcie autora nabrało trochę innego wymiaru niż dawniej, ale nie możemy się temu dziwić, bo w zasadzie większość rzeczy ulega zmianie i nabiera innego znaczenia wraz z rosnącym postępem ku nowoczesności. Jednak również wierzę, że mimo tego śmierć autora nie nastąpi, bo tak jak napisała annia – nie każdy z nas może być jak W. Szymborska czy Andersen.

  • iwetazagorska

    Wybitne dzieło, oryginalna myśl, rewelacyjny film zawsze się obroni. I to pisząc mam na myśli, że autor takich dzieł nigdy nie przepadnie. Ba, nawet gdyby zechciał pozostać anonimowy, na pewno znajdą się ludzie, którzy dojdą do tego, kto stworzył tak wspaniałe/oryginalne dzieło. Nie oszukujmy się, wielu „autorów” grzmiących o to, że ich dobra są kopiowane przez Internautów tak naprawdę nigdy nie wymyśliło niczego twórczego. Przykład? Książki, które czytałam do mojej pracy licencjackiej o społecznościach internetowych powielały te same tezy i założenia. Tylko napisane innymi słowami. Zero oryginalności, nic odkrywczego. Natomiast co się tyczy prawdziwych autorów, jak pisałam na początku, ich prace zawsze zostaną dostrzeżone i kopiowanie ich zawsze się wyda. Weźmy przykład z YouTube. Pojawiły się na nim kilka lat temu filmiki CeZika, który „bawi się” muzyką i trzeba mu przyznać, że jest w tym naprawdę dobry. Szybko stał się rozpoznawalny, osiągał rekordy oglądalności etc. I oczywiście niektórzy użytkownicy zaczęli kopiować jego filmiki do siebie na kanał, co spotyka się do tej pory z dużą dezaprobatą. Fani CeZika natychmiast „flagują” taki filmik, zgłaszając tym samym brak praw autorskich. Myślę, że te przykłady (mogłabym opisać mnóstwo podobnych) potwierdzają tezę, którą napisałam na początku postu.

  • http://katarzynakowalska.wordpress.com katarzynakowalska

    Zgadzam się z wypowiedzią dzielinska. Każdy z nas w jakiś sposób przez postęp technologiczny i rozwój sici stał się zarówno autorem jak i odbiorcą. Każdego dnia zarówno emitujemy jak i odbieramy setki tysięcy informacji często zapominając kto był ich autorem. Ale tak jak napisała iwetazagorska nikt nie zapomni prawdziwych autorów, a aby takim zostać wcale nie trzeba cofnąć się w czasie do okresu tworzenia przez Szekspira, Da Vinci czy Andersena. W dzisiejszych czasach wymagania odbiorców są zupełnie inne niż kiedyś, ale to nie znaczy, że nie można im sprostać tworząc arcydzieło. Stephen King, Terry Pratchett, George R. R. Martin i wielu wielu reżyserów którzy dzięki technologii mają wspaniałe możliwości zaskakiwania nas zarówno obrazem jak i historią. Przytoczyłam nazwiska autorów, którzy dla mnie, ze względu na moje prywatne gusta zawsze pozostaną wspaniałymi, oryginalnymi twórcami i nigdy nie będę ich porównywać do twórcy bloga, tweeta lub postu na portalu społecznościowym.

  • kamilpawlo

    Celne spostrzeżenia. Ja chciałbym dodać jeszcze jedno od siebie: zanikająca „instytucja” autora to także powolny spadek znaczenia autorytetu, gdzie ilość (rozumiana jako popularność w sieci) przekłada się nad jakość (merytoryczną wartościowość). Przykładem niech będzie społecznościowa encyklopedia Wikipedia, którą odwiedza (a zatem i ufa) znacznie więcej ludzi niż internetowemu wydaniu encyklopedii Brittanica. Prestiż ustępuje miejsca zaufaniu skierowanemu w stronę anonimowych autorów, czego nie oceniam pozytywnie. Wiadomo, że w kwestii opiniowania ludzie ufają bardziej sobie nawzajem niż komunikatom generowanym z wyższych instancji (oficjalne komunikaty korporacji, reklamy, etc.), ale w poszukiwaniu faktów autorytet powinien cały czas mieć znaczenie i wartość. Warto o tym pamiętać.

  • http://askamazik.wordpress.com askamazik

    Wydaje mi się, że we współczesnym świecie człowiek zasypywany jest taką masą informacji, że nie sposób każdemu obejrzanemu filmikowi czy przeczytanemu tekstowi przypisać konkretne autorstwo. O ile oczywiście, tak jak już napisały to moje poprzedniczki, nie jest to dzieło wybitne. Jeżeli czyjaś praca jest świeża, innowacyjna i zaskakująca (bo dzisiaj to chyba czynniki oceniające) to jej autor też zostanie doceniony – tak jak wcześniej już wspomniany CeZik. Jednocześnie zastanawia mnie czy autor w rzeczywistości w której wszystko już zostało wymyślone w dziedzinach humanistycznych może coś „stworzyć”. Myślę, że wszystkie prace powstające współcześnie polegają na przetwarzaniu znaczeń kiedyś już użytych symboli i stanowią brikolaż zaczerpniętych przez autora inspiracji.

  • magdatyrka

    Zastanawia mnie czy obecnie (kiedykolwiek) w ogóle można mówić o czymś takim jak „zjawisko pojedynczego autora”. Idąc w duchu konstruktywizmy nie robimy (w dużym uproszczeniu) niczego jako indywidualne, kreatywne jednostki ale jedynie powielamy istniejące już schematy zachować, wypowiedzi, sposobów myślenia etc. Tym samym to co mówimy/tworzymy w ogromnej części czerpie z tego, co ktoś już kiedyś nam pośrednio czy bezpośrednio pokazał.

    Autorstwo kojarzy mi się niejako niczym prawo własności. Współczesny sposób komunikowania/tworzenia treści zakłada jednak powszechność, równość i kooperacje (!), co dla mnie osobiście jest zjawiskiem fantastycznym. Jeżeli chcemy mieć coś „swojego autorstwa” proponuję po prostu pisać i wydawać książki na papierze, gdzie na okładce znajdzie się nasze nazwisko i twarz. Internet, czy media społecznościowe nie są „moje” ale „nasze” i w mnogość tkwi ich potęga.

    Nie byłabym jednak na tyle odważna, aby powiedzieć że pojęcie „autorstwa” zanika i mamy do czynienia z jego śmiercią. Jedynie definicja ewoluuje, choć i taka masa rzeczy ma wciąż niezmiennie jednego ojca (zakładając, że jest to oczywiście możliwe).

  • http://magdalenaowczarek.wordpress.com magdalenaowczarek

    Obecne czasy przypominają wyścig szczurów. Kto pierwszy, ten lepszy. Weźmy, np. dziennikarzy. Wiadomo, że ten kto zdobędzie jako pierwszy sensacyjnego newsa, będzie cytowany przez innych, czyli będzie autorem. Oczywiście, pomoże mu to w karierze i otworzy drzwi na inne możliwości.
    W Internecie powstała nowa moda – pisanie blogów. Coraz modniejsze są te o modzie. W związku z tym jawi się pytanie, czy jedna z najpopularniejszych blogerek w Polsce Jessy Mercedes Kirschner jest autorką? Dzisiaj uświadomiłam sobie, że tak. Wystąpiła w porannym programie ( DDTVN ). I dosłownie chwilę później umieściła krótki wpis na Twitterze, a później zamieściła zdjęcie na którym jest ona i prowadząca program na Facebooku. Sama kreuje siebie i jest pierwszą osobą, która umieszcza o sobie wzmianki w Internecie. W tym przypadku, na pewno można mówić o autorstwie w Internecie.
    Ale jak to jest z nami ( studentami )? Przecież każdy z nas napisał pracę licencjacką, w której korzystaliśmy z pozycji bibliograficznych. To, w takim razie, czy jesteśmy autorami? W pewnym sensie tak. Według wymogów praca nie może mieć więcej cytatów od naszych własnych słów.
    W obecnych czasach jest już tak dużo informacji napisanych, nagranych, czy nakręconych, że ciężko stać się autorem. To co mamy w głowie, to jak mówimy, gdzieś już przecież usłyszeliśmy, bądź przeczytaliśmy. Zgadzam się z Dominikiem, że w cyfrowej kulturze różnica pomiędzy autorem, a odbiorcą zaciera się. Ale wiem, że w tradycyjnym słowie pisanym ( książki, gazety ) autora łatwiej wychwycić i ustalić jego prawa. Może warto by było bardziej sprecyzować przepisy dotyczące praw autorskich. Ja biorąc książkę do ręki nie mam wątpliwości kto jest jej autorem, ale jeśli chodzi o teksty pisane w sieci, to już nie mam takiej pewności.

  • barbarakilijanska

    Większość Komentatorów artykułu podniosło fakt, że obecnie autor=odbiorca. Nikt temu nie przeczy i nie przeczył. Zmieniła się tylko dostępność nośnika, a w konsekwencji tego pojawił się nadmiar wytwarzanej treści. Przeczytałam wypowiedź, iż wybitne dzieło zawsze się obroni. Na tym chciałabym oprzeć swoją wypowiedź. Zastanawia mnie bowiem na czym wybitność miałaby polegać?

    Charakterystyczne dla dzieła, które można nazwać „autorskim” jest to, że dodaje ono nową treść lub jakość do dotychczasowych utworów, poprzez np. nietypowe zestawienie, czy przekształcenie elementów powszechnie znanych. Internet jest takim miejscem, gdzie odbiorca może bardzo szybko stać się autorem i stąd obecny jest ten znak równości. Przekształcenie znanego obrazu w Photoshopie to kilka minut, potem już wystarczy kliknięcie i setki ludzi „lubi to”. Autor to ta sama osoba, która jeszcze 5 minut temu była odbiorcą.

    W tradycyjnym świecie od powstania od opublikowania mijało wiele dni. Czy czas ten ma znaczenie dla faktu, iż jak wskazano w artykule: „tekst jest tkanką cytatów, pochodzących z nieskończenie wielu zakątków literatury”? Moim zdaniem – nie. Tak jak dawniej, jedne utwory są bardziej wybitne, a drugie mniej. Teraz jedynie częściej doświadczamy obcowania z różnego typu przejawami twórczości, która kiedyś z uwagi na ograniczenia czasowe i finansowe, nie byłaby nawet opublikowana. Dlatego też dzisiejszy system nazwałabym raczej „narodzinami autora”.