“Obawiam się, że obudziliśmy giganta i tchnęliśmy w niego wolę walki.”
To swoisty paradoks demokracji ery cyfrowej – kiedy internetowe korporacje występują w obronie wolności bardziej zdecydowanie niż demokratyczne rządy. Bez względu czy realizują przy tym również swoje cele, podmioty internetowe wydają się bliższe ludziom pod względem wyznawanych wartości niż ich własne, narodowe rządy. Polityczny establishment żyje wciąż w świecie sloganu “It’s the economy, stupid”, tymczasem społeczeństwa pozbawione perspektyw ekonomicznych od dawna oczekują świata mieszczącego się w “Don’t be evil”.
Protesty internetowe, sieciowe akty nieposłuszeństwa obywatelskiego, aktywna walka z obecnym systemem przez współczesnych graficiarzy – hakerów, to syndromy zmian. Dziś już nie maluje się napisów na murach, nie rzuca na pikietach kostką brukową ani nie pali flag. To, że protesty pozbyły się swojej fizycznej formy nie oznacza jednak, że ich ładunek emocjonalny jest inny od tego z przeszłości. Politycy muszą to zrozumieć. Społeczeństwo obywatelskie, które tak usilnie próbują kreować agendy rządowe w praktyce już istnieje i ma się dobrze. Tyle tylko, że nagle okazało się, że nie jest zaprogramowane tak jakby chcieli tego politycy. W tym kontekście “debiut medialny” nowego ministerstwa cyfryzacji można porównać do dziewiczego rejsu Titanica. To, bardziej niż wymowny, koniec pewnej epoki. Analogia ta odnosi się również do góry lodowej, której większość skrywa się pod powierzchnią. Podobnie ACTA to tylko fragment wyzwań ery cyfrowej, które trzeba wcześniej czy później rozwiązać.
Ważniejszą jednak sprawą niż obecna histeria medialna, stymulowana niewątpliwie przez służby PRowe obu stron, jest dla mnie kwestia próżni moralnej wypełnianej przez podmioty takie jak Google czy Wikipedia. Paradoks ten, polegający na większym zaufaniu do ponadnarodowych metaorganizacji niż bezpośrednio obieralnych narodowych reprezentacji powinien dawać do myślenia. Dlatego obecne protesty i starcia internetowe należy traktować jak element budowania samoświadomości globalnego społeczeństwa ery cyfrowej. Ludzie uczą się, że blokowanie stron jest równie skuteczne jak blokowanie ulic, a komentarze na profilach polityków w istocie niczym nie różnią się od pytań na wiecach wyborczych. Jak dla mnie społeczeństwo cyfrowe rozpoczęło dzisiaj proces “odkłamywania demokracji”, a pojęcie “wspólnota” wymknęło się traktatowym regulacjom i ograniczeniom geograficznym.
Właśnie obserwujemy, że społeczeństwa potrafią szybciej i skuteczniej niż rządy zorganizować się w walce o swoje prawa. Od dawna szykowana, “tajna” operacja może i odniesie krótkoterminowy sukces jednak kosztem społecznego przebudzenia z którym nie można wygrać.