Stone Age

Współczesny człowiek – „homo internetus” żyje wyobrażeniami rzeczywistości. Otacza nas ocean danych i informacji. Konsumujemy media jak nigdy dotąd. Każdy dzisiaj jest wieloplatformowym medium wytwarzającym codziennie posty, wpisy, fotki, filmiki, czy sms. Rejestrujemy wszystko co wydaje nam się ciekawe, inne, śmieszne, straszne – ogólnie inne, poza normą. Przecież „zwykłe” jest nudne, a to nikogo nie interesuje.

Z drugiej strony sami narzekamy na miałkość przekazów mediowych, tabloidyzację mediów i kulturę obrazkową. Na upadek wartości. Tyle tylko, że sami tacy właśnie jesteśmy. Sami staliśmy się mediami zabiegającymi o uwagę, uznanie. Sieciowa atrakcyjność stała się walutą społeczną. Wyznacznikiem znaczenia. My mamy swoje lajki na FB, a telewizja oglądalność. Używamy tych samych metod aby znaleźć się wyżej w rankingu. Wszyscy gramy w jednej wielkiej grze – metamediów.

Komunikacja jest dzisiaj wszystkim. Dzisiejsza konkurencja, wojna, relacje społeczne opierają się przede wszystkim na komunikacji. Komunikacja buduje nasz obraz rzeczywistości. Bez względu czy opieramy się na informacjach z mediów profesjonalnych czy z oddolnych (social mediów). Problem polega na tym, że dzisiaj subiektywość to nowa obiektywność. Szybkie pochłanianie newsów, krótkie filmiki, memy czy slajdy wyświetalają nam przed oczami setki informacji które trzeba jakoś zinterpretować [brzmi to prawie jak opis metod „prania mózgu” stosowanych w psychiatrii lat ’50]. Pytanie: czy potrafimy połączyć jeszcze w całość ten nieustający strumień informacji? Co daje nam coraz większa ilość, coraz płytszych informacji? Może strumień staje się rzeczywistością samą w sobie?

Czy potrafimy odpowiedzieć sobie jaki świat zastaliśmy w 2012 roku?

Słowo „kryzys” w medycynie oznacza najcięższy okres w przebiegu choroby, przesilenie. To czas próby dla całego organizmu. Przyjmując zatem tą analogię – ekonomia powinna być tylko jednym z objawów. A co z resztą? Filozofowie mówią o kryzysie wartości – pisałem ostatnio o słowach Benedykta XVI i Lévy’ego, których nikt ze sobą nie połączył pomimo tego, że ich wypowiedzi dzieliło zaledwie kilka dni. Lévy’ego można określić Warholem współczenej filozofii, a Benedykt  to przecież teolog, główny filozof chrześcijaństwa. Tymczasem wypowiedź Lévy’ego nie nadaje się na „mięso mediowe”,  natomiast Benedykt jest postrzegany w Polsce jedynie jako najwyższy hierarcha kościelny i „pasterz”. Do tego wypowiedzi kleru  o „upadku moralnym” nie nadają się przecież na głównego newsa, a nawet jeśli to najwyżej na 3 minutowy materiał.

Śródziemnomorski świat jaki nas stworzył objęła rewolucja.

Na południowym wybrzeżu mare nostrum, w Libii skończyła się wojna domowa. Protesty społeczne ciągną się od Maroko do Syrii. Pomiędzy ogarniętą chaosem ekonomicznym Europą, a buntującą się Afryką i Bliskim Wschodem wciśnięta jest Turcja. Rozdarta pomiędzy swoją islamską tożsamością, USA i rozbudowującą się rosyjską Flotą Czarnomorską. Otoczona z trzech stron potencjalnym konfliktem ma na zachodzie Grecję z którą toczy narodowy konflikt o Cypr. Turcy muszą grać na wszystkie strony, bo nie wiedzą gdzie najpierw wybuchnie konflikt, dlatego próbują nie zrazić żadnych przyszłych potencjalnych sojuszników.

Dlaczego ma wybuchnąć konflikt? Amerykanie wycofują się z Iraku i Afganistanu tworząc próżnię strategiczną w regionie drastycznych przemian politycznych i światopoglądowych. Iran demonstruje właśnie swoją pozycję, a przy okazji organizuje wielkie manewry marynarki pilnie obserwowane przez amerykańskie podwodne okręty atomowe. Największy wróg Iranu, Izrael zwiększa budżet obrony na 2012 ponieważ jak oficjalnie pisze Reuters w graniczącej z Izraelem Syrii odczuwa się „coraz wyraźniejszą groźbę regularnego powstania”.

„Dezerterzy” z armii syryjskiej, to regularne bataliony, zaopatrywane przez wciąż zakonspirowanych oficerów w strukturach dowodzenia, co dodatkowo zapewnia informacje wywiadowcze. Oddziały są koordynowane z terenu Turcji i pozostają stale w ruchu formując grupy uderzeniowe niszczące pojazdy i czołgi. Pozbawienie mobilności armii jest kluczowe dla przejęcia inicjatywy ponieważ Armia Wolnej Syrii nie posiada środków transportu. Doprowadzenie do wojny pozycyjnej i zamknięcie regularnej armii w miastach sprawi, że siły obu stron się zrównoważą. Mniej liczne, bardziej rozproszone siły będą mogły trzymać w szachu armię, będąc jednocześnie trudniejsze do zniszczenia.

Nie wiadomo jak potoczy walka militarna, ale już teraz miasta są w dużej części kontrolowane przez opozycję rozbudowującą struktury zbrojnego oporu. Al-Assad w oficjalnym komunikacie nazwał te grupy „uzbrojonymi bandami”. Przywodzi to na myśl jakże adekwatną analogię: „..ta gra słowami miała wpływ na pojmowanie legalności działań strony wojującej. Partyzanci tradycyjnie uchodzili (…) w powszechnych obyczajach wojennych – za kombatantów korzystających z ochrony prawnej. Tymczasem bandytów zawsze uznawano za przestępców i wyrzutków. Stąd pojęcie „walki z bandami” oznaczało po pierwsze zmianę klasyfikacji prawnej niektórych kategorii nieprzyjaciół, po drugie ich eksterminację.”  (Phillip W. Blood).

Według amerykańskiej doktryny powstanie ludowe ma szansę na zwycięstwo tylko wtedy, kiedy zajdą łącznie trzy czynniki do których należą: wojna partyzancka, działania regularnej armii oraz wsparcie sojusznika z zewnątrz. W sumie trudno im się dziwić – tak własnie wywalczyli niepodległość (pokonując światowego hegemona, Imperium Brytyjskie z pozycji małej kolonii) i z tym przegrali w Wietnamie. To scenariusz który zrealizował się własnie w Libii – wojnie, w której zginęło 30 tys. ludzi, czyli dwa razy więcej niż Wermacht stracił w wojnie z Polską w 1939 roku. Lotnictwo NATO pełniło w tej rewolucji tą samą rolę co flota francuska podczas oblężenia Yorktown.

Problem polega na tym, że Rosjanie też czytali amerykańskie książki o wojnie i wiedzą, że w Syrii toczą już walkę oddziały zorganizowanej armii Wolnej Syrii oraz partyzanci w miastach. Brakującym i jednocześnie rozstrzygającym elementem sukcesu jest brak wsparcia sojusznika z zewnątrz. Dlatego pojawienie się rosyjskiej floty w syryjskim porcie, akurat w tym momencie może być różnie rozpatrywane. Obecność okrętów jest na pewno zaznaczeniem eksterytorialności bazy marynarki znajdującej się w Tartusie (Rosja chce ją zachować bez względu na wynik rewolucji). Jest ponadto przydatnym sprawdzianem dla marynarki wojennej, która jak się wydaje odegra znaczącą rolę w rozstrzygnięciu kontroli nad cieśniną Ormuz. Świadczą o tym manewry Irańczyków i przesunięcia amerykańskich okrętów.

Rosja żyje z eksportu surowców i nie może sobie pozwolić na zignorowanie kolejnego czynnika ryzyka wpływającego na ceny surowców na giełdach. Ciepła zima w Europie i mniejsze zamówienia z Ukrainy obniżyły przecież wpływy ze sprzedaży gazu. Polska oddała do arbitrażu swoją umowę z Rosjanami, a ewentualna podwyżka cen gazu w kraju jest politycznym samobójstwem przed nadchodzącymi wyborami prezydenckimi. Forsowane przez USA embargo na broń będące de facto wsparciem Syryjskiej Armii Wyzwolenia uderza też w drugie ważne źródło przychodów Moskwy – przemysł zbrojeniowy.

Nie bez znaczenia dla oceny sytuacji jest też sama arabska wiosna. Syria  leży przecież zaledwie 600 kilometrów od dawnej radzieckiej granicy, a cała południowa granica Rosji jest muzułmańska. Ostatnią rzeczą jakiej dzisiaj potrzebuje Rosja jest rewolucja na Kaukazie, Kazachstanie czy w innych islamskich republikach. Dlatego Rosja dołączyła do Chin aby zawetować projekt rezolucji OZN potępiającej syryjski reżim argumentując, że „…uchwalenie rezolucji otworzyłoby drogę do interwencji zbrojnej takiej jak w Libii„.

Zresztą Chiny i Rosja wspólnie protestują też przeciwko Komisji Europejskiej nakładającej opłaty emisyjne CO2 na linie lotnicze.

W całej tej grze jest też Polska, która uzależniona energetycznie – walczy z Rosją o obniżenie cen gazu, a z Unią Europejską o limity emisji CO2 dla krajowych elektrowni w 90 proc. opartych na węglu.

Nie tylko zresztą energetyczne i ekonomiczne czynniki osadzają nasz kraj w środku współczesnych problemów.

Militaryzacja nie ominęła również Polski. Misje w Iraku i Afganistanie dały nam niezbędną wiedzę i doświadczenie wojskowe dostosowane do przyszłych konfliktów zbrojnych. Przez oba regiony przewinęło się  około 25 tys. polskich żołnierzy, czyli statystycznie – co czwarty. Lata zaangażowania zaowocowały zmianami w taktyce, uzbrojeniu i logistyce (dowodzenie, działania sił specjalnych, wywiadu wojskowego, siły szybkiego reagowania, piechota zmotoryzowana, kawaleria pancerna i powietrzna). Jeszcze kilka lat temu polski żołnierz szedł na wojnę bez kamizelek ochronnych, noktowizorów, opancerzenia i w stalowym hełmie pamiętającym czasy II wojny światowej. Nie każdy kraj regionu jest w stanie wystawić samodzielny operacyjny korpus połączonych sił.

Czy zatem internet i nowe media dają nam przewagę? Czy nieograniczony dostęp do informacji prowadzi do zrozumienia świata, czy raczej obraz ten zaciemnia?

To co napisałem powyżej jest całkowicie subiektywne. Jednak znaczenie ma już tylko subiektywne spojrzenie, ponieważ ilość informacji i możliwych punktów widzenia wpływających na interpretację przekazu jest tak duża, że niemożliwa do opanowania.

Dlatego dzisiaj jesteśmy zdani sami na siebie w kwestii interpretacji rzeczywistości. Jesteśmy trochę jak człowiek neandertalski, który musi sam sobie poradzić – bez wiedzy naukowej tłumaczącej otaczający go świat.

  • esamochody

    Pięknie wyjaśnione. Tylko czy metamedia tak zdefiniowane i konsumowane mają sens? Moim zdaniem zdecydowanie nie. Ta droga prowadzi donikąd, przynajmniej w ciągu lat najbliższych i nic nie zapowiada jakościowej zmiany … Końcowe „objawienie” świata, jako jedynie subiektywnego jest bardziej wytrychem formalnym niż wyjaśnieniem które wytrzyma próbę czasu, jest zbyt wygodne i relatywne.

    Cały materiał oczywiście interesujący :)

    • http://networkeddigital.com Dominik Kaznowski

      To raczej esej, niż bezpośredni wywód, ale faktem jest, że uczestniczymy w grze nano-celebrytów (czy tego chcemy czy nie). Jak to się mówi „We Are The Media”.