Why social media matter?

Coś się kończy, a coś zaczyna. Zwykle w takich momentach trudno jest jednoznacznie zdefiniować to czym rynek jest. Niewątpliwie z taką obecnie sytuacją mamy do czynienia w branży internetowej – jeśli w ogóle taka nazwa jest w dalszym ciągu adekwatna. Dzisiaj „internet” to nie tylko PCet i przeglądarka (których jest coraz więcej), ale również rynek dostępu mobilnego (do którego należy zaliczyć zarówno telefony komórkowe [określenie potoczne, ponieważ coraz częściej mamy do czynienia po prostu z przenośnymi komputerami przyobleczonymi w formę dawnych telefonów] jak i rynek mobilnych kart dostępowych w notebook’ach czy w końcu dostęp za pomocą WI-FI, a wkrótce również WI-MAX).

Spokojnie można dodać do tej wyliczanki konsole do gier, które również są podłączone do sieci [kablowo lub bezprzewodowo] oraz telewizora (coraz częściej) w salonie. Innymi słowy konsole konkurują dzisiaj nie tylko z PCetem, ale również  ofertą telewizyjną – nie da się w jednym czasie robić tych dwóch rzeczy jednocześnie. Zresztą samo uogólnianie komputerów do „PCetów” jest nieuprawnione, ponieważ większość nowosprzedawanego sprzętu stanowią notebooki. A przecież to komputer przenośny. Zatem zarówno sposób jak i kontekst korzystania z sieci za pomocą takiego urządzenia jest daleko inny niż z klasycznego „PCeta”. Nikt już nie pamięta zasiadania do sesji internetowej przy monitorze wielkości małego pudła, określeń takich jak „skrzynia” w odniesieniu do komputera czy zwrotów typu „łączenie się z internetem”. My się już nie łączymy z internetem. Internet po prostu jest. Zapewne w perspektywie 2, 3 lat internet „w kablu” będzie takim samym złem koniecznym jak dzisiaj telefon stacjonarny. Dostępność sieci bezprzewodowych zmienia i docelowo zmieni kompletnie to, czym „internet” jest.

Rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona niż jeszcze 3 lata temu, kiedy zaczynałem prowadzić mój poprzedni blog. Internet stał się znacznie bardziej złożony. Konsumenci nauczyli się korzystać z sieci i są znacznie bardziej doświadczeni. Zmieniają się ich potrzeby, nabywają nowych nawyków, eskalują nowe oczekiwania. Rynek internetowy dojrzał. Dzisiaj siecią rządzą aplikacje i usługi. Statyczne witryny przeszły do historii. Podobnie do historii przejdą niektóre modele budowania rozwiązań w sieci. Dzisiaj tworzenie projektów internetowych przypomina znacznie bardziej rynek software’owy niż mediowy. Zresztą od dłuższego już czasu (jak na rynek online) – bo gdzieś od roku – w profesjonalnych źródłach mówi się o tym, że internet jako taki należy utożsamiać z hardware a aplikacje internetowe z software. Zresztą jedną z motywacji kierujących Microsoftem w kwestii inwestycji w Facebook była ta właśnie idea. Być może niewyartykułowana nigdzie wprost.

Facebook może być postrzegany jako protoplasta nowego systemu operacyjnego. Aplikacje na serwisach społecznościowych nie są niczym innymi niż tylko odpowiednikiem „programów” które instalowaliśmy w Windows. Istotnym podobieństwem w przypadku stale ewoluujących  serwisów social networking jest to, że coraz rzadziej mamy konieczność wychodzenia poza nie – całkiem jak w czasach w których komputery nie miały łączy sieciowych. Jest oczywiście kilka różnic jak choćby to, że oprogramowania nie instalujemy z dyskietki, ale pobieramy je z sieci. W platformach social networking’owych – z określonego katalogu dostarczanego przez samych developerów, co rozwiązuje problem piractwa (o czym się w ogóle w tym kontekście nie wspomina). Kluczowe natomiast z mojego punktu widzenia jest to, ze sieci społecznościowe znacząco eliminują potrzebę wychodzenia poza nie same.

W nieodległej przyszłości jedyne oprogramowanie jakiego będzie potrzebował fizyczny komputer to takie, które umożliwi uruchomienie przeglądarki. Wszystkie programy (aplikacje) będą działać właśnie w jej ramach. Zresztą ten trend jest dzisiaj jednym z najbardziej powszechnych. Wystarczy wspomnieć choćby pakiety Google Office czy opisywane już powyżej modele budowy najpopularniejszych usług w sieci – od sklepów, poprzez serwisy social networking, aukcje, usługi wideo, etc. – nie są to „stronki w HTMLu”. To złożone aplikacje budowane jeśli nie przez dziesiątki to przez setki inżynierów (programistów, architektów, administratorów, projektantów, testerów, etc.).

Istotnym, a rzadko rozpatrywanym aspektem tego zjawiska, jest zwiększająca się stopniowo bariera wejścia do biznesu internetowego. O ile w początkach komercyjnej sieci – do rozpoczęcia biznesu wystarczała znajomość HTML i java script, o tyle dzisiaj każdy plan biznesowy musi uwzględniać wysokie koszty płac wspomnianych inżynierów (nie znoszę słowa „programista” – w moim odczuciu sprowadzą rolę takiej osoby do maszynistki przepisującej beznamiętnie kopie dokumentów), koszty serwerów, łączy a co najważniejsze znacznie dłuższy czas niezbędny do wykonania aplikacji (czyli oddalenie perspektywy uzyskiwania przychodów). Jednym słowem dzisiejszy rynek online coraz bardziej zamyka się na nowe przedsięwzięcia tworzone od podstaw przez niezależnych przedsiębiorców (startup’y).

Ważnym elementem tej historii jest właśnie ona sama. Z dzisiejszej perspektywy możemy już odwoływać się do historii internetu, zwłaszcza w kontekstach: biznesowym i modelowym, czyli dominujących w poszczególnych okresach rozwoju sieci głównych trendach konsumenckich. Takie podziały czy uogólnienia w minionych latach nastręczały wielu problemów (web 1.0, web 2.0, itp.) głównie ze względu na zbyt krótki okres poddawany analizie (z konieczności), problemy interpretacyjne (różne kierunki rozwoju) oraz kształtowanie się poszczególnych modeli i związany z tym problem ze sformułowaniem spójnych definicji (niektóre trendy nie przeszły do mainstream’u).

Myślę, że ostatecznym argumentem pozwalającym przedstawić podział sieci na etapy rozwojowe są ostatnie dane Hitwise prezentujące pokonanie przez Facebook Google w Ameryce. Z mojej perspektywy jest to wynik długiego procesu jaki przeszła cała branża social networking w ciągu ostatnich lat i nie jest udziałem wyłącznie Facebook’a, ale tysięcy podobnych platform na całym świecie. Facebook jest najbardziej medialny, co pozwala opisać na jego przykładzie zależności na których mi zależy, choć wiele innych podmiotów osiągnęło takie wyniki przed nim. Wystarczy wspomnieć na naszym rynku Naszą-klasę (od ponad roku utrzymuje się powyżej Google pod względem czasu i odsłon), vkontakte.ru (gdzie Google nie dorasta portalowi do pięt) czy zapomniane przez wszystkich Bebo, które w latach swojej świetności wyprzedzało Google w UK. Podobnych przykładów można by pewnie znaleźć jeszcze trochę. Jakkolwiek nie patrzeć na rynki lokalne, na każdym z nich w top5 lub top10 znajduje się lokalny lub globalny gracz z kategorii social networking (np. Skyrock we Francji, Studivz w Niemczech, Orkut w Brazylii (który nota bene należy do Google) czy Tuenti w Hiszpanii. Innym sposobem patrzenia na rynek jest pryzmat językowy – jak choćby w przypadku hiszpańskojęzycznego Tuenti czy też Naszej-klasy, która ma około 1,5 mln aktywnych użytkowników łączących się spoza terytorium Polski (przy tak niszowym języku jakim jest polski w porównaniu choćby z hiszpańskim czy francuskim, nie wspominając o angielskim). Zresztą perspektywa języka jakim porozumiewają się internauci będzie odgrywać coraz większą rolę w sieci – z prostego powodu – za parę lat 2/3 światowych internautów będzie mówić w językach azjatyckich.

Nie wdając się w dalsze szczegóły w ewidentny sposób widać, że sieci społecznościowe są czymś więcej niż tylko kolejnym typem rozwiązań sieciowych. Osobiście nie przypominam siebie aby inny typ aplikacji zdetronizował Google w takim zakresie (no może z wyjątkiem poczty, która rządzi siecią niepodzielnie od samego początku konsumenckiego internetu). Nie stało się to nawet za sprawą YouTube i rozwoju wideo online. Dzisiaj to serwisy typu social networking stają się „stroną startową” internetu (a  nie zawsze tak było), a proces ten rozciągnie się na kolejne lata.

„Strona startowa” internetu:

  • lata 1990-2000 portale horyzontalne (statyczny kontent, brak interakcji)
  • lata 2000-2010 wyszukiwarki (interakcja z kontentem)
  • lata 2010+ portale social networking (interakcja z ludźmi i kontentem)

W  kontekście rozwoju serwisów social networking istotne jest również rozumienie sposobu w jaki zmieniają się one same. Ilość zmian, uaktualnień czy nowych funkcji wdrażanych w tego typu rozwiązaniach jest znaczna i wyglądają one już dzisiaj inaczej niż na starcie. Służą też do innych celów niż pierwotnie. I choć komunikacja jest wciąż głównym elementem na którym bazuje interakcja użytkowników, stopniowo portale społecznościowe odzwierciedlają wszystko co jest dostępne w sieci. Identyczna koncepcja choć w innych modelach przyświecała (i nadal przyświeca) twórcom portali horyzontalnych i wyszukiwarek.

Teraźniejszość social networking

teraźniejszość social networking

Stopniowo sieci społecznościowe – bazując na idei komunikacji rozszerzają pole swojego zainteresowania na rozrywkę (czego przejawem są takie funkcjonalności jak gry czy quizy) oraz kontent wszelkiego typu (wychodząc od rodzajów: wideo, audio, obrazy, tekst; po strukturę tematyczną: newsy, lifestyle, user generated content, content premium, komercyjny, profesjonalny). Jednym z efektów wciągania kontentu (czy to mediowego czy tworzonego przez blogerów) przez sieci społecznościowe jest drenowanie komentarzy ze stron newsowych czy z blogów, a w efekcie przejmowanie społeczności skupionych wokół takich stron. To dosyć oczywiste, ponieważ zawsze wolimy komentować pod linkiem do newsa w naszym serwisie społecznościowym (widzą to nasi znajomi i mogą też skomentować) niż na stronie docelowej.

Oczywiście z drugiej strony popularne witryny otrzymują promocje w sieciach społecznościowych, ale moim zdaniem będzie to docelowo przypominać szeroko obecnie dyskutowany model wykorzystywania przez Google wyników organicznych pochodzących od wydawców w celu budowania modelu biznesowego. Z jednej strony wydawcy i blogerzy mają ruch z Google, a z drugiej Google zarabia na ich treściach. Podobny model kształtuje się obecnie w sieciach społecznościowych – w „zamian za promocję, my zarobimy na twoim kontencie”. Wszystko odbywa się w podobnym modelu – dobrowolności, jednak na koniec dnia pytanie: czy można prowadzić biznes bez indeksowania się w Google, a w przyszłości bez profilu w serwisie społecznościowym? (retorycznie).

Zapewne z czasem funkcjonujące dzisiaj niezależnie niektóre typy rozwiązań internetowych zostaną wchłonięte przez społeczności – w pierwszej kolejności gry i mikroblogi, w dalszej być może inne (np. rynek shareware). Nie wyklucza to istnienia w tych kategoriach rozwiązań niszowych dedykowanych konkretnym grupom konsumentów lub tematom. Zresztą rynek społeczności w obecnej chwili (nawet w Polsce) jest już mocno posegmentowany i nie trudno odnaleźć tutaj analogie do podziału na portale i wortale. Rośnie zatem long tail w social networkingu.

Między dlatego myślę, że warto postawić pytanie jak w tytule wpisu. Również z tego powodu warto rozszerzyć słowa Jeffrey’a Cole’a z USC Annenberg University Centre for Digital Studies, który w ten oto sposób porównał, choć z innej perspektywy niż przedstawiona w tym wpisie, internet czasów portali („wrót do internetu”) i wyszukiwarek (w tym początków wideo – ponieważ to właśnie trudność z wyszukiwaniem materiałów innych niż tekst zapoczątkował ich problemy): „The difference when going from ISDN to Broadband is bigger than when going from nothing to ISDN„. W moim odczuciu z tym właśnie nie poradziły sobie wyszukiwarki – nie doceniając zmian jakie przyniósł broadband (wideo, i jeszcze raz wideo), a różnica pomiędzy internetem czasów broadband’u (modelami dominującymi w tym czasie) a dzisiejszym internetem strumieniowym jest właśnie tak duża jak pomiędzy dialup’em a powstaniem YouTube.

„Search, as we know it, is dead… with the rise of social networking sites such as Facebook, MySpace, Twitter, Second Life, LinkedIn … the next generation of Web users may find what they want by using their social network rather than a seach algorithm. After all, the people in your online social network should know you better than a mathematical equation, right?” – Genn Derene