Brutal Transparency jako model przyszłego społeczeństwa
Otwartość w udostępnianiu, przekazywaniu i dostępie do informacji jest wyznacznikiem „cyfrowości” społeczeństwa. Jako zbiorowość domagamy się od władzy, nawet tej demokratycznej, większej otwartości i przejrzystości. Przenosimy na instytucje społeczne nasze doświadczenia relacji międzyludzkich. Otwartość oznacza zaufanie, a zaufanie otwartość. Jeśli nie ufamy, żądamy informacji. Ukrywanie danych pozwala na manipulację. Tyle tylko, że w świecie sieci cyfrowych jest to coraz trudniejsze.
W tym kontekście warte podkreślenia są również notowane w ostatnich latach znane wycieki informacyjne, niejednokrotnie motywowane aktami nieposłuszeństwa społecznego (choć być może, rozpatrując to z punktu widzenia społeczeństwa cyfrowego należałoby to raczej nazwać aktami „odpowiedzialności społecznej”?).
Wyrazem wzajemnego zaufania rządu do obywateli jest skłonność do bezinteresownego udostępniania wszelkich informacji które nie są krytyczne dla istnienia państwa lub ochrony jednostek.
„Społeczeństwo informacyjne” to postawa moralna rządzących.
Główna oś protestów społecznych rozgrywających się obecnie na świecie, poczynając od kryzysu ekonomicznego spowodowanego samolubną (ukrywaną) polityką banków inwestycyjnych – po listę leków refundowanych dotyczy braku otwartości w dostępie do informacji. Na każdym etapie procesu, każdym poziomie szczegółowości i w każdej chwili.
Raz wytworzona informacja powinna być dostępna w nieskończoność.
Prowadzi to do wniosku, że każdy podmiot którego działania mają wpływ na życie innych powinien podlegać realnej kontroli – polegającej na udostępnianiu wszelkich danych w sposób aktywny.
Jutrzejsze społeczeństwo kształtuje się dzisiaj w świecie otwartości.
Media społeczne wyrosły z filozofii web 2.0 nastawionej na korzystanie z kolektywnej inteligencji, a same podlegają jedynie kontroli społecznej – kontroli kolektywnej inteligencji.
Możemy zatem mówić o przeciwstawieniu XX wiecznej koncepcji „kontroli społecznej”, realizowanej przy pomocy anachronicznego mechanizmu „konsultacji społecznych” (będącego w praktyce mechanizmem konsultacji z instytucjami społecznymi) koncepcji kontroli kolektywnej inteligencji. Warunkiem, conditio sine qua non urzeczywistnienia kontroli kolektywnej inteligencji jest powszechny i nieskrępowany dostęp do informacji.
W proces dewaluacji modelu kontroli społecznej wpisuje się również stopniowa erozja mass mediów – poddanych tyranii kapitału (komercjalizacji) – jako tak zwanej „4 władzy” sprawującej w ubiegłym stuleciu funkcję reprezentanta interesów społecznych.
Dlatego oddzielanie procesów zachodzących w mediach (konflikt nowe-stare media), ekonomii (podważanie podstaw kapitalizmu) i społeczeństwach (postępująca cyfryzacja) nie pozwala uchwycić całości obrazu współczesnych przemian.
Ekologia – eufemizm klęski ludzkości
Skora już mowa o kryzysie ekonomicznym i upadku wartości. Przecież środowisko naturalne które nas otacza wegetuje. Ekologią nazywamy respirator inwestycyjny podtrzymujący środowisko w stabilnym stanie. Bez ograniczeń emisji dwutlenku węgla, benzyny bezołowiowej, ograniczeń połowów i setek innych zakazów – na segregacji śmieci kończąc, naturalny ekosystem planety dawno byłby zniszczony. Nie licząc oczywiście zillionów zainwestowanych w źródła energii odnawialnej.
Wojna na potencjał ekonomiczny oznacza dzisiaj wojnę na potencjał przemysłowy. Chiny są fabryką świata, a USA sklepem świata, cała reszta to nabywcy. Zmniejszenie emisji oznacza zmniejszenie produkcji lub wzrost jej kosztów. Tak czy inaczej, wzrost cen – czego nie chcą ani Chiny anie USA. Dlatego sens walki o tak zwaną ekologię sprowadza się do hasła „alterglobalistów pikietujących szczyty gospodarcze”. Ekonomia rządzi ekologią. W pewnym sensie to równanie filozoficzne, dotyczące bowiem wartości.
Myślę, że dzisiejszy świat można zdefiniować przez Technologię reprezentującą dzisiaj Komunikację, Ekonomię i Ekologię.
„Obawiam się, że obudziliśmy giganta i tchnęliśmy w niego wolę walki.”
To swoisty paradoks demokracji ery cyfrowej – kiedy internetowe korporacje występują w obronie wolności bardziej zdecydowanie niż demokratyczne rządy. Bez względu czy realizują przy tym również swoje cele, podmioty internetowe wydają się bliższe ludziom pod względem wyznawanych wartości niż ich własne, narodowe rządy. Polityczny establishment żyje wciąż w świecie sloganu „It’s the economy, stupid”, tymczasem społeczeństwa pozbawione perspektyw ekonomicznych od dawna oczekują świata mieszczącego się w „Don’t be evil”.
Protesty internetowe, sieciowe akty nieposłuszeństwa obywatelskiego, aktywna walka z obecnym systemem przez współczesnych graficiarzy – hakerów, to syndromy zmian. Dziś już nie maluje się napisów na murach, nie rzuca na pikietach kostką brukową ani nie pali flag. To, że protesty pozbyły się swojej fizycznej formy nie oznacza jednak, że ich ładunek emocjonalny jest inny od tego z przeszłości. Politycy muszą to zrozumieć. Społeczeństwo obywatelskie, które tak usilnie próbują kreować agendy rządowe w praktyce już istnieje i ma się dobrze. Tyle tylko, że nagle okazało się, że nie jest zaprogramowane tak jakby chcieli tego politycy. W tym kontekście „debiut medialny” nowego ministerstwa cyfryzacji można porównać do dziewiczego rejsu Titanica. To, bardziej niż wymowny, koniec pewnej epoki. Analogia ta odnosi się również do góry lodowej, której większość skrywa się pod powierzchnią. Podobnie ACTA to tylko fragment wyzwań ery cyfrowej, które trzeba wcześniej czy później rozwiązać.
Ważniejszą jednak sprawą niż obecna histeria medialna, stymulowana niewątpliwie przez służby PRowe obu stron, jest dla mnie kwestia próżni moralnej wypełnianej przez podmioty takie jak Google czy Wikipedia. Paradoks ten, polegający na większym zaufaniu do ponadnarodowych metaorganizacji niż bezpośrednio obieralnych narodowych reprezentacji powinien dawać do myślenia. Dlatego obecne protesty i starcia internetowe należy traktować jak element budowania samoświadomości globalnego społeczeństwa ery cyfrowej. Ludzie uczą się, że blokowanie stron jest równie skuteczne jak blokowanie ulic, a komentarze na profilach polityków w istocie niczym nie różnią się od pytań na wiecach wyborczych. Jak dla mnie społeczeństwo cyfrowe rozpoczęło dzisiaj proces „odkłamywania demokracji”, a pojęcie „wspólnota” wymknęło się traktatowym regulacjom i ograniczeniom geograficznym.
Właśnie obserwujemy, że społeczeństwa potrafią szybciej i skuteczniej niż rządy zorganizować się w walce o swoje prawa. Od dawna szykowana, „tajna” operacja może i odniesie krótkoterminowy sukces jednak kosztem społecznego przebudzenia z którym nie można wygrać.
Beyond SOPA Controversy
Inicjatywy ustawodawcze są wynikiem pewnego procesu: zespołu działań i argumentów. Wynikają z chęci ujęcia w określone ramy otaczającej człowieka rzeczywistości. Tyle tylko, że każdy z nas nosi w sobie pewną subiektywną rzeczywistość. Dlatego myślę, że Kontrowersja SOPA jest właśnie zderzeniem dwóch punktów widzenia współczesnego świata. Pisałem ostatnio o tyranii kapitału która zamienia człowieka w towar. SOPA, podobnie jak Copyright (z którego wypływa), sprowadza ludzką twórczość do towaru, którego jedynym celem jest przynoszenie zysków. Z drugiej strony padają argumenty o tym, że twórczość powinna być wolna ponieważ to właśnie ona stanowi siłę napędową ludzkości.
Bez względu na to jak potoczą się losy ustawy, już dzisiaj można powiedzieć kto wygra w tym wyścigu. Jak powiedział George Patton „Fortyfikacje są pomnikami ludzkiej głupoty”. Doskonale pasuje to do polityki zwolenników Copyright w dotychczasowym kształcie skupiającej się na restrykcjach, zabezpieczeniach, szyfrowaniu i wszelkiego innego typu ograniczeniach. Bez względu na to, czy tego chcemy czy nie, za sprawą internetu Copyright de facto wyszły z użycia. Nie da się zamknąć raz otwartej puszki Pandory.
Dzisiejszy świat dzieli się na ludzi patrzących na niego z dwóch różnych punktów przynależnych ich światopoglądowi i doświadczeniu. ”Nowy świat” to świat młodego pokolenia, które wychowało się i żyje w świecie smartphone’ów, Skype’a, YouTube’a, blogów, Creative Commonse i social media – czyli narzędzi zaprojektowanych z „myślą o łamaniu praw autorskich”. Dlatego porozumienie ze „starym światem” wychowanym i żyjącym w świecie komputerów PC, „telefonu komórkowego”, telewizji, prasy, copyright, e-maila i „internetu do czytania” (read-only-internet) jest tak trudne.
Dzisiejszy problem polega na zderzeniu „systemu ochrony praw twórców” a „systemu eksplozji twórczości”.
Na to wszystko nakładają się także zmiany modeli biznesowych (ekonomicznych), również będące wynikiem wchodzenia przez cywilizację w epokę cyfrową. Jak ujmuje to Freeconomia „The dominant business model on the internet today is making money by giving things away”. Dzisiejsza ekonomia w coraz większym stopniu opiera się na 1 procencie płacących za wersję premium i 99 procentach korzystających za darmo z podstawowej wersji produktu (czego najlepszym przykładem jest ten blog na WordPress). Dzisiaj w biznesie podstawowa zasada pierwszeństwa brzmi: „Be the first to give away what others charge for„.
Żyjemy w czasach, w których na najlepszych uczelniach na świecie połowa informacji jaką student otrzymuje na I roku jest już nieaktualna w chwili gdy odbiera dyplom (na większości polskich uczelni wiedza przekazywana studentowi jest już nieaktualna w chwili przekazywania). Wykładam obecnie na sześciu różnych uczelniach w 4 miastach i widzę, że studenci nie potrafią odnaleźć zastosowania dla wiedzy uzyskiwanej na wykładach ze względu na jej zacofanie. Teorie z lat ’60 czy ’80 nijak mają się do współczesnych problemów ponieważ zostały oparte, w najlepszym układzie, na praktyce I połowy XX wieku.
Prowadzi to do upadku autorytetu tradycyjnego systemu kształtowania młodych ludzi, których światopogląd formuje się właśnie w nowych mediach. Tym bardziej jałowe są dla mnie dyskusje (nie wspominając o działaniach) np. o misji telewizji publicznej. Dzisiaj publiczną telewizją młodych jest YouTube. Ukazuje to uwiąd polskich decydentów ze wszystkich stron sceny politycznej. Dla obecnego establishmentu internet to „technologia zła”. Zarówno politycy jak i przemysł fonograficzny żyje w przeszłości i inicjatywami takimi jak SOPA próbuje do niej wrócić, nie znajdując rozwiązania współczesnych problemów.
Zresztą uważana za liberalną Platforma Obywatelska przynajmniej czterokrotnie próbowała wprowadzić ograniczenia internetu w Polsce. Może to tłumaczyć brak reakcji na SOPA ze strony polskiego rządu - zobowiązanego przecież do ochrony wolności polskich obywateli nie tylko w kraju ale i na całym świecie. Może gdyby amerykański prokurator uzyskał sądowy nakaz zablokowania bloga Kasi Tusk doczekalibyśmy się jakiejś reakcji? Jak widać nie tylko amerykańskie władze nie radzą sobie z regulacją nowej przestrzeni publicznej jaką jest internet. Zresztą i to jest dyskusyjne, bo czy mój blog lub profil jest przestrzenią prywatną czy publiczną? Co z transgranicznnością prawa w czasach internetu? Odsuwanie tych problemów i pytań nie sprawi, że same się rozwiążą.
Przy okazji SOPA warto też zwrócić uwagę na tak utrwaloną, że w praktyce niedyskutowalną semantykę problemu. Pojęcie piractwa komputerowego (fonograficznego) opisujące zorganizowaną przestępczość czerpiącą zyski z tłoczenia nielegalnych nośników zostało przeniesione na każdego, kto w dobrej wierze ilustruje swoją prośbę postacią kota ze Shreka. Etymologia słowa „piractwo” umieszcza piratów w grupie osób wykorzystujących rozbój, czyli kradzież połączoną z użyciem przemocy. Wpisuje się to w widoczny trend, którego elementem było nazwanie przez amerykański rząd twórcy Wikileaks, Juliana Assange ”terrorystą”. Moim zdaniem nie można unikać tego kontekstu dlatego, że w tym rozumieniu internet jako technologia zostaje uznana jako narzędzie przemocy. Przyjmując tą logikę - sam fakt wykorzystania sieci do nielegalnego kopiowania fotografii lub filmu oznacza zastosowanie przemocy fizyczbnej lub psychicznej. Wzmacnia to tylko poczucie wyjęcia spod prawa współczesnego społeczeństwa.
Myślę, że dyskusji nie podlega kwestia walki z piractwem. Nie jesteśmy przecież złodziejami. Problemem jest powszechna dzisiaj świadomość zwykłych ludzi, że sprawiedliwość zależy od pieniędzy. Przeciętny obywatel jest z definicji słabszą stroną w potencjalnym sporze prawnym z wielkimi korporacjami i prawnym aparatem biurokratycznym. Dużo łatwiej wyłączyć komuś bloga niż zablokować stronę koncernowi fonograficznemu.
W czasach social media każdy jest twórcą. T,o między innymi, odróżnia nas od świata XX wieku. Coraz trudniejsza do analizy jest też kwestia autorstwa, na co zwracałem uwagę w definicji social media – jeśli wpis na blogu jest komentowany, rozszerzany i syndykowany – co rozszerza (zmienia) jego przekaz – to czy uznanie autorstwa powinno dotyczyć tylko orginalnego tekstu (utworu)? Twórca wrzucając coś na blog czy YouTube z góry wie, że jego dzieło będzie modyfikowane. Zatem ex definitione jest współautorem. Co więcej, może to się zmnieniać w czasie – w social media treści mogą być przecież modyfikowane w nieskończoność, zatem ilość współautorów zawsze pozostanie kwestią otwartą i pozostanie trudna do ujęcia w zamknięte ramy. Nie mówiąc o możliwości oceny wkładu każdego z nich.
Może nie wszystkie te zagadnienia dotyczą bezpośrednio SOPA, ale w moim odczuciu wskazują że obecny system zarządzania prawami autorskimi jest anachroniczny. Być może dlatego, że powstał w czasach maszyny parowej?
Tyrania kapitału
Od swego zarania (czyli mniej więcej od neolitu) ludzkość była podzielona na wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych, toczących ze sobą nieustanną walkę. Dzisiaj opinia społeczna, będąca przecież wytworem epoki mediów, ciągle poszukuje winnych kryzysu finansowego. Zwykle, jako odpowiedzialne wskazywane są rządy lub rynki finansowe. Prowadzi to do prostego wniosku, że obecnie to establishment pełni rolę wyzyskiwaczy. Tyle tylko, że w demokracjach jest on w dużym stopniu wybieralny (rządy) lub zmienny jak w korporacjach – ta zmienność zresztą jest wskazywana jako argument za tym, że w rzeczywistości ”klasa wyzyskiwaczy” nie istnieje.
Dlaczego o tym piszę? Ponieważ nie trudno odnaleźć analogię do podobnych dyskusji toczących się w czasie rewolucji przemysłowej pod koniec XIX wieku. Jej wynikiem był nie tyle postęp technologiczny, co postęp społeczny. Żyjąc w czasach rewolucji cyfrowej zderzamy się dokładnie z tymi samymi pytaniami na temat przyszłego kształtu społeczeństw. Tyle tylko, że wciąż zajmujemy się dyskusją o technologii a nie o skutkach jakie ona niesie.
Dlaczego wyzysk? I co wspólnego ma z tym XIX wiek i współczesna tyrania kapitału?
Klasa wyzyskiwana aby żyć (zaspokajać podstawowe potrzeby: fizjologiczne i bezpieczeństwa) musi posiadać kapitał, a jedyną drogą jego uzyskania w wystarczającej ilości nie jest już praca, ale kredyt udzielany przez klasę wyzyskiwaczy (rynki finansowe, które są obecnie swego rodzaju „chmurą” pozbawioną fizycznej reprezentacji w przeciwieństwie do XIX wiecznej burżuazji – dlatego nie da ich obalić przemocą jak postulowali komuniści). Dzisiaj kredytobiorcy są stawiani w tej samej, co kiedyś robotnicy sytuacji i perspektywie życiowej. Aby żyć muszą zgodzić się na zaciągniecie zobowiązań „niewspółmiernych do świadczeń wzajemnych”. Człowiek musi pracować całe życie na to, aby miał gdzie mieszać. Trudno nazwać to wzajemnością. Co symptomatyczne, obecne elity wprowadzają zmiany wydłużające wiek emerytalny, argumentując to wyłącznie czynnikami związanymi z rosnącą długością życia. Jakby ludzie byli jedynie „żywymi robotami” pozbawionymi innych, niematerialnych potrzeb. Dyktat rynków finansowych, tyrania kapitału – sprawia, że jesteśmy rozpatrywani jedynie z punktu widzenia naszego potencjału jako „siły roboczej”. Która to, po wyeksploatowaniu, jest bez skrupułów porzucana dla swojej tańszej wersji w biedniejszej części świata. Ważna dla dalszych rozważań jest również kwestia perspektyw, co do możliwości przyszłej poprawy jaką jest np. emerytura (odroczona, gwarantowana rekompensata wysiłku życiowego). Obecnie młode i średnie pokolenie jest pozbawione złudzeń w tym zakresie.
Przez ostatnie stulecia, rolę motywującą do życia pełniła religia – w kulturze zachodniej: chrześcijaństwo. Obecnie żyjemy w świecie kultu konsumpcjonizmu. Reklamy i marki pełnią role „świętych obrazków” przedstawiających raj, a centra handlowe – świątyń konsumpcjonizmu. Im mniej mamy, tym bardziej wizja konsumpcyjnego raju zastępuje nam rzeczywistość.
Tyrania kapitału polega na tym – jako to ujął jeden z francuskich filozofów – że kapitał robi z człowieka towar, a stosunki społeczne ustanowione przez kapitalizm przedstawiane są ludziom jako prawa natury niedostępne dla ich działania.
Myślę, że nie można rozpatrywać rozwoju mediów społecznych bez kontekstu – obecnej sytuacji ekomomicznej i społecznej. Pustka intelektualna jaka powstaje w wyniku komercjalizacji (tyranii kapitału) mediów masowych (de facto ich upadku jako „strażników demokracji”) jest wypełniana stopniowo przez media, a zatem również treści, społeczne („The medium is the message”). Co ciekawe social media to pierwszy typ mediów który został jako pierwszy opanowany przez zwykłych ludzi a nie korporacje. Zwykle to firmy przodowały w wyznaczaniu trendów w obszarze nowości i adaptacji najnowszych technologii. Kapitalizm stworzył i oparł się na centralizacji, media społeczne są rozporoszone, a zatem trudne do zarządzania (kontroli).
Spójrzmy również na argumenty kapitalizmu wysuwane w kontrze do socjalizmu, według których porządek socjalistyczny niszczy fundamenty religii, moralności i kultury. Czy właśnie nie mamy do czynienia z taką sytuacją po stuleciu dominacji kapitalizmu? Czy dzisiajsza moralność, religia i kultura rozwijają się czy są w regresie?
Kolejne pytanie które podnoszą przede wszystkim ”Oburzeni” to: czy równość nie powinna oznaczać także równości ekonomicznej? Dlaczego dwudziestolatkowie zamiast myśleć o konsumpcjonizmie wykrzykują hasła o „chciwości korporacji”, o tym że: „banki odbierają nam nasze prawa”, „spekulują naszym życiem” czy „sprzeniewierzają naszą przyszłość”. Październikowe protesty odbyły się w prawie 1000 miastach w 82 krajach i choć ich skala z lokalnego punktu widzenia nie była duża (od kilkuset do kilku tysięcy osób w każdym z miast) był to niewątpliwie pierwszy protest ery sieci cyfrowych. Jak inaczej można wytłumaczy koordynację, spójność programową czy jednolitą strukturę wiekową uczestników pierwszego takiego protestu w historii planety?
Stare pokolenia próbują ratować tonący okręt który same stworzyły, a młode pokolenie nie zamierza brać w tym udziału.
Jak dla mnie zarysowuje się podział na – z jednej strony stare pokolenia i mass media, a z drugiej- na młodych i media społeczne. To truizm, bo młodzi rzeczywiście szybciej niż starsi adaptują nowe media jednak dotąd dyskusja sprowadzała się do technicznego aspektu tego procesu, co uważam za błąd.
Dlatego też pojęcia takie jak „hating” w odniesieniu do marek zaczynają nabierać nowego znaczenia.
Stone Age
Współczesny człowiek - „homo internetus” żyje wyobrażeniami rzeczywistości. Otacza nas ocean danych i informacji. Konsumujemy media jak nigdy dotąd. Każdy dzisiaj jest wieloplatformowym medium wytwarzającym codziennie posty, wpisy, fotki, filmiki, czy sms. Rejestrujemy wszystko co wydaje nam się ciekawe, inne, śmieszne, straszne – ogólnie inne, poza normą. Przecież „zwykłe” jest nudne, a to nikogo nie interesuje.
Z drugiej strony sami narzekamy na miałkość przekazów mediowych, tabloidyzację mediów i kulturę obrazkową. Na upadek wartości. Tyle tylko, że sami tacy właśnie jesteśmy. Sami staliśmy się mediami zabiegającymi o uwagę, uznanie. Sieciowa atrakcyjność stała się walutą społeczną. Wyznacznikiem znaczenia. My mamy swoje lajki na FB, a telewizja oglądalność. Używamy tych samych metod aby znaleźć się wyżej w rankingu. Wszyscy gramy w jednej wielkiej grze – metamediów.
Komunikacja jest dzisiaj wszystkim. Dzisiejsza konkurencja, wojna, relacje społeczne opierają się przede wszystkim na komunikacji. Komunikacja buduje nasz obraz rzeczywistości. Bez względu czy opieramy się na informacjach z mediów profesjonalnych czy z oddolnych (social mediów). Problem polega na tym, że dzisiaj subiektywość to nowa obiektywność. Szybkie pochłanianie newsów, krótkie filmiki, memy czy slajdy wyświetalają nam przed oczami setki informacji które trzeba jakoś zinterpretować [brzmi to prawie jak opis metod "prania mózgu" stosowanych w psychiatrii lat '50]. Pytanie: czy potrafimy połączyć jeszcze w całość ten nieustający strumień informacji? Co daje nam coraz większa ilość, coraz płytszych informacji? Może strumień staje się rzeczywistością samą w sobie?
Czy potrafimy odpowiedzieć sobie jaki świat zastaliśmy w 2012 roku?
Słowo „kryzys” w medycynie oznacza najcięższy okres w przebiegu choroby, przesilenie. To czas próby dla całego organizmu. Przyjmując zatem tą analogię – ekonomia powinna być tylko jednym z objawów. A co z resztą? Filozofowie mówią o kryzysie wartości - pisałem ostatnio o słowach Benedykta XVI i Lévy’ego, których nikt ze sobą nie połączył pomimo tego, że ich wypowiedzi dzieliło zaledwie kilka dni. Lévy’ego można określić Warholem współczenej filozofii, a Benedykt to przecież teolog, główny filozof chrześcijaństwa. Tymczasem wypowiedź Lévy’ego nie nadaje się na „mięso mediowe”, natomiast Benedykt jest postrzegany w Polsce jedynie jako najwyższy hierarcha kościelny i „pasterz”. Do tego wypowiedzi kleru o „upadku moralnym” nie nadają się przecież na głównego newsa, a nawet jeśli to najwyżej na 3 minutowy materiał.
Śródziemnomorski świat jaki nas stworzył objęła rewolucja.
Na południowym wybrzeżu mare nostrum, w Libii skończyła się wojna domowa. Protesty społeczne ciągną się od Maroko do Syrii. Pomiędzy ogarniętą chaosem ekonomicznym Europą, a buntującą się Afryką i Bliskim Wschodem wciśnięta jest Turcja. Rozdarta pomiędzy swoją islamską tożsamością, USA i rozbudowującą się rosyjską Flotą Czarnomorską. Otoczona z trzech stron potencjalnym konfliktem ma na zachodzie Grecję z którą toczy narodowy konflikt o Cypr. Turcy muszą grać na wszystkie strony, bo nie wiedzą gdzie najpierw wybuchnie konflikt, dlatego próbują nie zrazić żadnych przyszłych potencjalnych sojuszników.
Dlaczego ma wybuchnąć konflikt? Amerykanie wycofują się z Iraku i Afganistanu tworząc próżnię strategiczną w regionie drastycznych przemian politycznych i światopoglądowych. Iran demonstruje właśnie swoją pozycję, a przy okazji organizuje wielkie manewry marynarki pilnie obserwowane przez amerykańskie podwodne okręty atomowe. Największy wróg Iranu, Izrael zwiększa budżet obrony na 2012 ponieważ jak oficjalnie pisze Reuters w graniczącej z Izraelem Syrii odczuwa się „coraz wyraźniejszą groźbę regularnego powstania”.
„Dezerterzy” z armii syryjskiej, to regularne bataliony, zaopatrywane przez wciąż zakonspirowanych oficerów w strukturach dowodzenia, co dodatkowo zapewnia informacje wywiadowcze. Oddziały są koordynowane z terenu Turcji i pozostają stale w ruchu formując grupy uderzeniowe niszczące pojazdy i czołgi. Pozbawienie mobilności armii jest kluczowe dla przejęcia inicjatywy ponieważ Armia Wolnej Syrii nie posiada środków transportu. Doprowadzenie do wojny pozycyjnej i zamknięcie regularnej armii w miastach sprawi, że siły obu stron się zrównoważą. Mniej liczne, bardziej rozproszone siły będą mogły trzymać w szachu armię, będąc jednocześnie trudniejsze do zniszczenia.
Nie wiadomo jak potoczy walka militarna, ale już teraz miasta są w dużej części kontrolowane przez opozycję rozbudowującą struktury zbrojnego oporu. Al-Assad w oficjalnym komunikacie nazwał te grupy „uzbrojonymi bandami”. Przywodzi to na myśl jakże adekwatną analogię: „..ta gra słowami miała wpływ na pojmowanie legalności działań strony wojującej. Partyzanci tradycyjnie uchodzili (…) w powszechnych obyczajach wojennych – za kombatantów korzystających z ochrony prawnej. Tymczasem bandytów zawsze uznawano za przestępców i wyrzutków. Stąd pojęcie „walki z bandami” oznaczało po pierwsze zmianę klasyfikacji prawnej niektórych kategorii nieprzyjaciół, po drugie ich eksterminację.” (Phillip W. Blood).
Według amerykańskiej doktryny powstanie ludowe ma szansę na zwycięstwo tylko wtedy, kiedy zajdą łącznie trzy czynniki do których należą: wojna partyzancka, działania regularnej armii oraz wsparcie sojusznika z zewnątrz. W sumie trudno im się dziwić – tak własnie wywalczyli niepodległość (pokonując światowego hegemona, Imperium Brytyjskie z pozycji małej kolonii) i z tym przegrali w Wietnamie. To scenariusz który zrealizował się własnie w Libii – wojnie, w której zginęło 30 tys. ludzi, czyli dwa razy więcej niż Wermacht stracił w wojnie z Polską w 1939 roku. Lotnictwo NATO pełniło w tej rewolucji tą samą rolę co flota francuska podczas oblężenia Yorktown.
Problem polega na tym, że Rosjanie też czytali amerykańskie książki o wojnie i wiedzą, że w Syrii toczą już walkę oddziały zorganizowanej armii Wolnej Syrii oraz partyzanci w miastach. Brakującym i jednocześnie rozstrzygającym elementem sukcesu jest brak wsparcia sojusznika z zewnątrz. Dlatego pojawienie się rosyjskiej floty w syryjskim porcie, akurat w tym momencie może być różnie rozpatrywane. Obecność okrętów jest na pewno zaznaczeniem eksterytorialności bazy marynarki znajdującej się w Tartusie (Rosja chce ją zachować bez względu na wynik rewolucji). Jest ponadto przydatnym sprawdzianem dla marynarki wojennej, która jak się wydaje odegra znaczącą rolę w rozstrzygnięciu kontroli nad cieśniną Ormuz. Świadczą o tym manewry Irańczyków i przesunięcia amerykańskich okrętów.
Rosja żyje z eksportu surowców i nie może sobie pozwolić na zignorowanie kolejnego czynnika ryzyka wpływającego na ceny surowców na giełdach. Ciepła zima w Europie i mniejsze zamówienia z Ukrainy obniżyły przecież wpływy ze sprzedaży gazu. Polska oddała do arbitrażu swoją umowę z Rosjanami, a ewentualna podwyżka cen gazu w kraju jest politycznym samobójstwem przed nadchodzącymi wyborami prezydenckimi. Forsowane przez USA embargo na broń będące de facto wsparciem Syryjskiej Armii Wyzwolenia uderza też w drugie ważne źródło przychodów Moskwy – przemysł zbrojeniowy.
Nie bez znaczenia dla oceny sytuacji jest też sama arabska wiosna. Syria leży przecież zaledwie 600 kilometrów od dawnej radzieckiej granicy, a cała południowa granica Rosji jest muzułmańska. Ostatnią rzeczą jakiej dzisiaj potrzebuje Rosja jest rewolucja na Kaukazie, Kazachstanie czy w innych islamskich republikach. Dlatego Rosja dołączyła do Chin aby zawetować projekt rezolucji OZN potępiającej syryjski reżim argumentując, że „…uchwalenie rezolucji otworzyłoby drogę do interwencji zbrojnej takiej jak w Libii„.
Zresztą Chiny i Rosja wspólnie protestują też przeciwko Komisji Europejskiej nakładającej opłaty emisyjne CO2 na linie lotnicze.
W całej tej grze jest też Polska, która uzależniona energetycznie – walczy z Rosją o obniżenie cen gazu, a z Unią Europejską o limity emisji CO2 dla krajowych elektrowni w 90 proc. opartych na węglu.
Nie tylko zresztą energetyczne i ekonomiczne czynniki osadzają nasz kraj w środku współczesnych problemów.
Militaryzacja nie ominęła również Polski. Misje w Iraku i Afganistanie dały nam niezbędną wiedzę i doświadczenie wojskowe dostosowane do przyszłych konfliktów zbrojnych. Przez oba regiony przewinęło się około 25 tys. polskich żołnierzy, czyli statystycznie – co czwarty. Lata zaangażowania zaowocowały zmianami w taktyce, uzbrojeniu i logistyce (dowodzenie, działania sił specjalnych, wywiadu wojskowego, siły szybkiego reagowania, piechota zmotoryzowana, kawaleria pancerna i powietrzna). Jeszcze kilka lat temu polski żołnierz szedł na wojnę bez kamizelek ochronnych, noktowizorów, opancerzenia i w stalowym hełmie pamiętającym czasy II wojny światowej. Nie każdy kraj regionu jest w stanie wystawić samodzielny operacyjny korpus połączonych sił.
Czy zatem internet i nowe media dają nam przewagę? Czy nieograniczony dostęp do informacji prowadzi do zrozumienia świata, czy raczej obraz ten zaciemnia?
To co napisałem powyżej jest całkowicie subiektywne. Jednak znaczenie ma już tylko subiektywne spojrzenie, ponieważ ilość informacji i możliwych punktów widzenia wpływających na interpretację przekazu jest tak duża, że niemożliwa do opanowania.
Dlatego dzisiaj jesteśmy zdani sami na siebie w kwestii interpretacji rzeczywistości. Jesteśmy trochę jak człowiek neandertalski, który musi sam sobie poradzić – bez wiedzy naukowej tłumaczącej otaczający go świat.
Rewolucja cyfrowa
„Niewolniczy sposób produkcji prowadzi do stagnacji w technice, nie daje bowiem impulsu do wynalazków oszczedzajacych siłę roboczą”. Nie pamiętam gdzie to ostatnio przeczytałem (i cytuję z głowy), ale na pewno chodziło o wyjaśnienie dlaczego to właśnie w Europie a nie np. w Azji rozpoczęła się rewolucja przemysłowa (tzw. problem Needhama). Zastanawiam się czy da się sformułować prawo przeciwne? Ponieważ to właśnie zmiana w systemie pracy zapoczątkowała okres dynamicznego rozwoju ludzkości („postępu”).
Piszę trochę w kontekście tego co napisał dzisiaj Lévy o „… likwidacji Europy i zdjęciu gorsetu demokratycznych zasad, które – jak w latach 30, nie przystają do czasów kryzysu”. Choć oczywiście z tą likwidacją Europy miał pewnie na myśli Europę jako ideę. W demokracji każde kontrowersyjne zmiany są możliwe do realizacji tylko podczas kryzysu. Przecież to właśnie teraz odpowiedzią polityków na kryzys jest regulacja systemu finansowego, ograniczanie decyzyjności niezależnych wcześniej instytucji i generalne zaciskanie pasa połączone z odbieraniem przywilejów praw nabytych. Wzmożona kontrola i poczucie misji „walki z kryzysem” prowadzi do „wyregulowania” czy też „poprawienia” zasad „nieprzystających do czasów kryzysu.”
Nowo wybrane rządy zastępują stare ekipy rządzące ze świadomością, że muszą wprowadzić widoczne zmiany podczas własnej kadencji. Co oczywiście nie będzie proste i nie zawsze możliwe. Jednak w pierwszym okresie korzystając z mandatu „rządu który ma powstrzymać kryzys” wprowadzają ograniczenia i plany oszczędnościowe, które przynoszą krótkoterminowe korzyści. Pytanie które stawia Lévy dotyczy tego, czy plany oszczędnościowe sięgną dalej niż tylko w sferę ekonomiczną naszego życia. Innymi słowy, czy uzasadniana kryzysem polityka większej ingerencji państwa w nasze życie nie wymknie się spod kontroli (w istocie idzie nawet dalej mówiąc że już się wymknęła na Węgrzech).
Przyznam, że dawno nie uderzyła mnie bardziej adekwatność wypowiedzi opisującej problemy współczesnej Europy. Lévy mówi „to nie jest kryzys finansowy”. Cała droga demokracji polegała na uwalnianiu coraz szerszych obszarów wolności (likwidacja segregacji rasowej, prawa kobiet, wolność seksualna, itd.). To kryzys wartości. Co ciekawe niecałe 2 tygodnie temu, na koniec 2011 roku Benedykt XVI również mówił o kryzysie wartości i „dezorientacji młodego pokolenia”. A trudno go uznać za akceptującego kierunki zmian w europejskich demokracjach. Dwóch filozofów z różnych stron mówi o tym samym.
Ekonomia, ekologia, duchowość – to obszary w których dokonuje się obecnie regres. Na drugiej szali mamy progres technologiczny. Czy zatem postęp technologiczny prowadzi do erozji wartości? A jeśli tak, to czy rzeczywiście żyjemy w czasach rewolucji cyfrowej?
Mediowa rewolucja pałacowa
…a właśnie i byłbym przeoczył. Ruszyły też zgłoszenia do Media Trendów. W tym roku komitet organizacyjny wprowadził moim zdaniem przełomową dla nowych mediów zmianę.
Mianowicie pojawiła się kategoria „Zintegrowana kampania w mediach cyfrowych” – czyli „…wszelkie kampanie wykorzystujące minimum dwa cyfrowe kanały komunikacji, wzajemnie ze sobą powiązane (internet, mobile, digital signage itp.)”
Do tej pory mówiło się o zintegrowanych kampaniach w kontekście różnych typów mediów (tv, radia, prasy, outdooru, internetu czy kina), a „nowe media” były po prostu traktowane jako kategoria w całości, taki zbiór Dziwadeł Hobarta.
Teraz dostrzeżono, że łącząc online z mobile łączymy de facto dwa różne media. Zwykle rynki dzieli się w sytuacji, gdy jednolity opis kategorii stanie się niemożliwy ze względu na jej zbyt duże zróżnicowanie. Co więcej, wskazuje się tu na „wzajemne powiązanie” („wzajemne powiązanie” jak dla mnie oznacza na pierwszy rzut oka, że mówimy o tym, że konsument sam sobie wybiera medium w którym chce podjąć interakcję, a pomiędzy samymi mediami dokonuje się również trwała interakcja „przepływ” – to coś nowego, do tej pory patrzyliśmy na media jak na punkty styku/kontaktu/dotarcia, a teraz mówimy o medium towarzyszącym, podążającym).
Kolejne rozróżnienie to podział kampanii internetowych na angażujące i nie angażujące. Co oznacza ni mniej ni więcej jak podział internetu na „tradycyjny internet” kampanii display, mailingów i klików i „nowy internet” kampanii angażujących konsumentów, feedbacku i przepływu w dwie strony (social media, crowd/idea sourcing, etc.).
Biorąc pod uwagę powyższe okazuje się, że strona www i kampania bannerowa to „tradycyjny marketing w internecie”, że tak sobie pozwolę sparafrazować tytuł jednej z moich (nomen omen – starych) książek .
Tego rozróżnienia dokonuje SAR, czyli reprezentacja „dużego rynku reklamowego” a nie np. IAB. Wiem, że konkursy, ich regulaminy, zasady i kategorie są „nudne”, ale moim zdaniem warto odnotować ten fakt zmiany myślenia. Jak również to, kto dokonał zmiany tego myślenia. Zwłaszcza, że dzisiaj coraz więcej agencji interaktywnych planuje i realizuje działania nazywane kiedyś „ATL”.
Prainternet czyli technologie intelektu
Rosnąca szybkość życia, rozwój technologii, postęp. Internet jest ucieleśnieniem tych idei. Globalna wioska która nas otacza i której jesteśmy częścią osadza nas silnie we współczesności. Powszechnym poglądem jest patrzenie na bieżące wydarzenia i zmiany stylu życia człowieka jak na coś niezwykłego w dziejach cywilizacji. Nieograniczona komunikacja z całym światem, przepływ idei, poglądów i szybkość tych procesów to wymieniane jednym tchem przewagi codzienności nad światem przedinternetowym.
Tyle tylko, że internet to nic nowego. To tylko technologia. Na poziomie modelu cywilizacja miała już wiele „internetów”. Oczywiście owe systemy, sieci komunikacji przyjmowały różne formy w zależności od poziomu rozwoju myśli technicznej dostępnej współczesnym. Zawsze jednak wiązały się z rewolucją w przepływie idei, przyspieszały obieg informacji, zmniejszały dystans i zmieniały przyszłość. Niektóre z tych rozwiązań istnieją do dziś, jednak ich rola maleje wprost proporcjonalne do wzrostu znaczenia internetu. To właśnie jest dla mnie kwintesencja konfliktu starego, papierowego i nowego, elektronicznego świata.
Przez ostatnie 600 lat to właśnie papier, a właściwie druk był internetem świata. To dzięki unowocześnieniu przez Gutenberga idei czcionki drukarskiej weszliśmy w czasy nowożytne. Dlatego nie bez powodu to właśnie rewolucja, której symbolem został Gutenberg jest przywoływana w kontekście obecnej rewolucji cyfrowej. Rozciągając analogię dalej – Gutenberg rozwinął „protokoły wymiany informacji” w taki sposób, że możliwa stała się – niedostępna wcześniej cywilizacji – możliwość wymiany idei, poglądów i opinii. Dla średniowiecznego świata był to niewyobrażany skok jakościowy, który doprowadził kilka wieków później do rewolucji przemysłowej. Był to i jest wciąż dosyć demokratyczny model tworzenia treści. Tutaj również każdy może być twórcą – wystarczy ołówek i kartka. Bez względu na wykorzystaną technologię – hasło na murze czy wpis na blogu są w stanie zmienić zarówno losy społeczeństw jak i pojedynczych ludzi.
Wszyscy wychowaliśmy się w „papierowym” systemie wymiany myśli, poglądów i informacji. Słowo „newspaper” określa najwyższy stopień ewolucji tego systemu, jednocześnie uświadamiając nam jak bardzo od czasów Gutenberga „nowożytny internet” rozwinął się. Dla drukarzy epoki wczesnego renesansu – codzienna gazeta, która zawiera atualne informacje z kolorowymi zdjęciami, dystrybuowana do milionów odbiorców rozproszonych na olbrzymim obszarze – to właśnie definicja internetu. Nie wiem dlaczego staramy się na siłę wprowadzać granice pomiędzy elementami ciągłości. Bez pokoleń księgarzy, wydawców, dziennikarzy, pisarzy czy filozofów nie było by internetu. Podobnie setki lat rozwoju kapitału technicznego, generacje wynalazców, naukowców i konstruktorów doprowadziły nas do miejsca w którym jesteśmy. To, czym internet różni się od swojej papierowej wersji to jeszcze większa dostępność. Z tej jednej cechy zrobiliśmy fetysz, który uzasadnia „nowe”. Inżynierowie tworzą przyszłość a myśliciele wypełniają ją treścią. Tak było z piramidami i tak jest dzisiaj.
Jako cywilizacja wypracowaliśmy najbardziej zaawansowany ekosystem przepływu idei. Zapewne w przyszłości udoskonalimy go jeszcze bardziej.
Social media: jak przekuć PRową porażkę w PRowy sukces?
Hating, obawa przez atakami konsumentów, negatywne komentarze, trolling i długo by jeszcze wymieniać. To uproszczona, można by powiedzieć modelowa lista zagadnień poruszanych za każdym razem kiedy firma chce „wejść w social media”. Ludzie zajmujący się profesjonalnie public relations znają ta wyliczankę na pamięć. W ogólnym ujęciu można to sprowadzić do określania „problemy firm w social media”. To właśnie obawa przez wygenerowaniem negatywnych reakcji konsumentów stanowi główną barierę wykorzystywania tak zwanych społeczności.
Popularyzacja mediów społecznościowych spowodowała, że biznesowi przybył kolejny, niezbyt wygodny obszar którym trzeba się zająć. To świat kontrolowany przez konsumentów a nie przez firmy. Przedsiębiorstwa świetnie się poruszają w obszarze własnej kontroli natomiast gubią się w emocjonalnym, rozchwianym i niestabilnym świecie niepisanych zasad social media.
Niestety smutna prawda jest taka, że większość „problemów w social media” wcale nimi nie jest. Są to po prostu problemy firmy, a obwinianie o nie internetu jest niezrozumieniem postaw i motywacji współczesnych konsumentów. Przytłaczająca większość kryzysów które obserwujemy w świecie nowych mediów pochodzi ze świata tradycyjnego myślenia. Tymczasem firmy starają się cały czas zarządzać kryzysami w social media zamiast skupić się na zmianach wewnątrz organizacji, tak aby dostosować ją do nowych realiów.
Dzisiejsze firmy są pod czujnym okiem konsumentów. Najlepszym zatem założeniem jest przyjęcie, że każde potknięcie firmy znajdzie się w social media. Idąc dalej – obecnie jesteśmy na etapie wypracowywania rozwiązań niwelujących kryzys w nowych mediach. Zarówno rynek public relations jak i same przedsiębiorstwa, powoli, bo powoli, ale uczą się jak im przeciwdziałać. To dobrze. Ale ten kij ma drugi, znacznie grubszy koniec. Są nim wpadki firm w kanałach tradycyjnych, które stanowią niewyczerpane źródło kryzysów w mediach społecznościowych. Nie szukając rozwiązań i zmian systemowych poprawiających obsługę, ofertę czy podejście do klienta, czyli innymi słowy – filozofii działania, firmy nie zamkną nigdy puszki Pandory, która z niepokojącą regularnością będzie dawać o sobie znać w social media.
Tutaj docieramy do paradoksu. Firmy które „boją się” wejścia w social media, z powodu obaw o negatywne reakcje często wstrzymują się z tą decyzją lub tworzą protezy social mediowe w postaci profili brand heros, blogów tematycznych czy kanałów wideo z reklamami telewizyjnymi. Technicznie rzecz ujmując: w raporcie rocznym można napisać o „obecności w mediach społecznościowych”, podać słupki oglądalności z YouTube napchane kampaniami i zaraportować przez prezesem „mission accomplished”. To narzędziowe podejście nie różni się niczym od masowej komunikacji, od broadcastu. Z punktu widzenia firmy jest bezpieczne, uczesane i zgodne z wytycznymi corporate identity. Jednak odizolowanie się od rzeczywistego obrazu firmy w oczach użytkowników social media sprawia, że wewnątrz organizacji nie toczy się dyskusja o realnych problemach firmy, których „negatywne wpisy” są emanacją. Biorąc pod uwagę zatem wciąż rozwijający się i posuwający do przodu świat social media – w ten sposób, paradoksalnie – przedsiębiorstwa uwsteczniają się w tym obszarze.
Na drugiej osi mamy w Polsce przykłady tego, w jaki sposób podjęcie rękawicy wpływa na stopniową ewolucję podejścia do konsumenta wewnątrz organizacji. Co ciekawe, dużo ciekawsza w takich przypadkach jest analiza nie wpisów na blogach, ale komentarzy pod nimi. Przykłady można znaleźć na blogu BZ WBK, Play i wielu innych firm (inne przykłady można znaleźć na blogu o konkursie na blog firmowy roku 2011). To żywy materiał do nauki czy ewangelizacji wewnątrz organizacji.
Przedsiębiorstwa muszą w końcu zrozumieć, że w istotnym stopniu zmieniły swoją branżę. Dzisiaj jednym z głównych przedmiotów działalności każdej firmy jest komunikacja.