Innowacja jako transcendencja

[Innowacja jako destrukcja]

Albo może lepiej – destrukturalizacja. Innowacja jest o tyle ciekawa, że jest postrzegana jako źródło wzrostu w „nowym” kapitalizmie. To już nie kapitał, ale właśnie innowacja stanowi nowe źródło napędzające gospodarkę. Choć, znowu – być może lepiej powiedzieć – społeczeństwa. Owczy pęd za postępem ma charakter niewyrażonej intencji zburzenia istniejących stosunków strukturalnych. Innowacje zyskują właśnie poprzez destrukturalizację istniejących stosunków. Dzieje się tak do momentu, w którym innowacja staje się nową strukturą stosunków lub gdy istniejący system odeprze próbę destrukturalizacji za strony innowacyjności. Zatem w pierwszym rzędzie „środki na innowacje” powinny być w istocie kierowane do innych struktur niż wymagające destrukturalizacji. Inaczej innowacja staje się modyfikacją, która jedynie w stopniu niezagrażającym strukturze przyjmującej zmienia stosunki strukturalne. W tym sensie większość tego co można obserwować zarówno w zakresie „innowacji” jest w najlepszym wypadku modyfikacjami. Bardzo ciekawe jest także to, co dzieje się z innowacjami, które nie zdołały dokonać destrukturalizacji, a zatem „poniosły klęskę” w porównaniu z innowacjami, które stały się z czasem akceptowanym, status quo. Dotyczy to przecież zdecydowanej większości innowacji. Mają one status „pomyłek”, dziwadeł czy „ślepych uliczek”. Odwracając taką „logikę” można powiedzieć, że jako (zdefiniowana w danym czasie) struktura stosunków społecznych mierzymy się z coraz większą ilością „dziwadeł-innowacji”, które w sposób założony, programowy i filozoficzny atakują to, co obecne.

Wspierając innowację, wspieramy własną chęć zmiany. Wyrażamy to, że człowiek przerasta sam siebie. Dla przyszłych pokoleń „jesteśmy jak dzieci”. Innowacja ma zresztą wiele z dziecinności, w tym sensie, że innowacja ma charakter pierwotnego uporządkowania „przedstrukturalnego”. W tym sensie myśl „Po pierwsze dzieło, motywacja przyjdzie później” zyskuje całkiem aktualny wymiar. Przede wszystkim pragniemy zmiany, jej zakres, kierunek, celowość jest elementem negocjacji z rzeczywistością.

Tak, czy inaczej „nagrodą” za innowacyjność jest destrukcja zastanego. W tym sensie innowacyjność jest pewną formą odradzania się. Destrukturalizacja oznacza bowiem tworzenie nowych stosunków w ramach możliwe pierwotnych składowych. Z tego punktu widzenia, to człowiek jest „możliwie pierwotną składową”. Innowacyjna struktura stosunków społecznych oznacza destrukcję społeczeństwa, rozumianego jako wyjściowy stan tych właśnie stosunków. W tym sensie „tradycja” jest rodzajem sentymentu za przeszłymi układami stosunków, które są tym bardziej idealizowane im bardziej odlegle w czasie (dotyczy to takze idealizowania stosunków możliwych do zaistnienienia w przyszłości). Jak inaczej można wyjaśnić usystematyzowany hołd składany patriarchalno-arystokratyczno-niewolniczym społeczeństwom starożytnym? Zwłaszcza, że obecna innowacja społeczna zmierza ku społeczeństwu uniwersalnemu, różnorodnemu i pozbawionemu historii (posiadającemu nieskończenie wiele jej interpretacji). I, wydaje się, człowiekiem definiowanym dynamicznie.

„Innowacja jako źródło wzrostu” oznacza „Innowację jako źródło destrukcji”. Postęp. Choć „postęp” brzmi już zbyt ideologicznie i może lepiej mówić o progresji. Progresji, której celem jest osiągnięcie stanu „całkowitego człowieka”. Taka interpretacja „innowacji” wydobywa ją z wąskiego spektrum myślowego ograniczonego do ekonomii (społecznej) i stawia nowe wyzwanie przez humanizmem. Humanizmem, który nie boi w dalszym ciągu „odkrywać” człowieka. Porzuca jedyną definicję człowieka. Humanizmu, który nie boi się tworzenia dynamicznych teorii. Humanizmu, który jest w stanie dokonać progresji, która poświęci dziecięce rozumienie człowieka w imię rzucenia się w gąszcz poszukiwań nadczłowieczeństwa. W imię transcendencji. W imię porzucenia indywidualizmu na rzecz kolektywizmu różnorodności. W której rzeczywistość jest stanem przejściowym, temporalnym.

Internet jako instytucja totalna

Przechodzimy od świata abstrakcji do świata kwantyfikacji. Od świata losu do świata algorytmu. Od świata woli do świata kontroli. Od świata zwierzęcego do świata maszynowego. I być może to opóźnienie wynika nie tyle z możliwości wyobrażenia sobie takiej czy innej mechaniki uznawanej za rzeczywistość, ile z możliwości ucieleśniania uznawanego. Z możliwości, zdolności i potrzeby programowania. I nie chodzi tu o analogię internetu do teatru (zresztą ta analogia jest już nietrafiona, ponieważ nawet teatr nie jest już teatrem, tylko wyobrażeniem wyobrażenia). Internet w tym znaczeniu nie jest „siecią” czy protokołem, ale ramą społeczną – „frameworkiem”. Jest rodzajem instytucji totalnej, a raczej jest mentalnym gorsetem podtrzymującym wiotkość ciała będącego nosicielem autonomicznego kiedyś człowieka.

Dyskulturacja, do jakiej prowadzi oddanie się logice instytucji internetu, prowadzi (paradoksalnie) do wdrażania logicznej kultury konkretu do świata, z którego pierwotnie wkroczyliśmy do środka. Tyle, że dotychczasowy „wirtualny świat” stał się na tyle dominujący, że uznaliśmy go za normę. Jesteśmy mieszkańcami na tyle długo, że nie tylko nie potrafimy działać już na „stary” sposób, ale przede wszystkim – nie chcemy. Realne jest już na tyle inne, że także traktujemy je jak totalne. Wydaje się, że fizyczna rzeczywistość powoli staje się aspektem wirtualności. Powoli przestajemy pojmować pełne znaczenie bycia wewnątrz lub na zewnątrz. Nie rozumiemy już, co to znaczy wyjść i wejść do tych typów rzeczywistości. Oznacza to permanentny stan napięcia pomiędzy tymi dwoma totalnościami.

Internet wymaga od nas nieustannego, świadomego wysiłku pozostawania „online”, co można przyrównać do faz czuwanie/aktywność-sen. Bycie dostępnym dla natychmiastowej, nieoczekiwanej i osobistej komunikacji jest odpowiednikiem nieustannego napięcia związanego z nasłuchiwaniem kroków strażnika (np. więziennego), nieuświadomionym odruchem „czytania otoczenia” pod kątem potencjalnych zdarzeń.

Kolejnym ciekawym aspektem totalizacji jest „demokratyzacja”, która przybiera charakter budowania wspólnej opozycji wobec „systemu” bez względu na grupę społeczną („kultura internetowa”) i tego jak definiujemy „system”. Ta kontrmoralność wynikająca z przeświadczenia o istnieniu „moralności” staje się istotnym spoiwem unifikującym (anomizującym). Wizja świata jest zwykle zależna jedynie od przyjętych strategii adaptacji (od ”mam konto na Facebooku, ale nie korzystam” do „co w tym złego, że sprawdzam statusy w telefonie kiedy chcę?”). W tym kontekście „personalizacja” oznacza sprowadzenie człowieka do wymiaru danych, dostępnych metod kształtowania postaw. Wirtualizacja to zastąpienie człowieka, jego obrazem, tablicą w bazie, „kartoteką”, w której niektóre pola, choć już przewidziane dla nas, wciąż pozostają niewypełnione lub – coraz częściej – posiadają status 0/1.

Wątek uniwersalizacji wydaje się niezwykle ciekawy. Zwłaszcza w odniesieniu do teorii instytucji totalnych. Nadrzędną funkcją internetu jest bowiem unifikacja i zrównanie w prawach. Od chwili przekroczenia wirtualnych drzwi, wszyscy bez względu na wcześniejsze doświadczenia i status stają się „użytkownikiem” o zestandaryzowanych prawach i obowiązkach. Z czasem mogą oczywiście w zamian za określone postawy nabywać określone „przywileje” lub przesuwać się w górę „hierarchii”.

Dlatego media zakładu nazywanego „Internet” skupiają się na przedstawianiu w nim relacji z wizyt „poza” lub raczej odwróconej już logiki – z wizyt „tam” z całym arsenałem „dziwności” świata rzeczywistego lub wyśmiewaniem zachowań niepasujących do ustalonego obrazu pożądanej rzeczywistości. Komunikacja odgrywa istotną rolę ceremonialną. Przy czym ważniejszy jest sam fakt komunikacji niż jej treść, ponieważ sama komunikacja ma niemal wyłącznie charakter retoryczny. Jej celem jest raczej dostarczanie obrazu „normalności” niż jakiejkolwiek treści. Z tego względu „wewnętrzne media internetu” mają dwojaki charakter. Z jednej strony prezentują dowody partycypacji mieszkańców i stanowią ekwiwalent życia publicznego. Informacje zamieszczane na tablicy dotyczą bieżących wydarzeń o niewielkim znaczeniu. Ich celem jest jednak wskazywanie lokalnego, rodzinnego charakteru instytucji poprzez podkreślanie takich wydarzeń jak urodziny i inne wydarzenia społeczne oraz wszelkich aspektów nastawionych na podkreślanie solidarności pomiędzy „użytkownikami”. Drugim wymiarem aktywności mediowej jest indywidualna partycypacja użytkowników, którzy starają się wyrażać własną interpretację rzeczywistości internetowej, w tym dokumentują proces własnej przemiany duchowej, głównie poprzez pochwałę wybranych aspektów świata cyfrowego.

Analogie do instytucji totalnej są oczywiście o tyle nietrafione, o ile w ogóle pojęcie „instytucji” czy „społeczeństwa” w dalszym ciągu może być utrzymywane. Dlatego wolę określenie „framework”, który znacznie lepiej oddaje kwestię rekonfiguracyjności oraz korzystanie z gotowych komponentów (np. kulturowych). Internet to rodzaj doktryny społecznej zmierzającej do uniwersalizacji człowieka i zamiany jego aktywności na dane.

Informacja jako towar

Czy też środek wymiany gospodarki wirtualnej. Czy Facebook, Google czy jakakolwiek inna witryna (Web) lub aplikacja (internet) jest bezpłatna (darmowa)? Nie. Ponieważ rynek informacji, jest dzisiaj takim samym rynkiem jak każdy inny, a informacje konkurują dzisiaj pomiędzy sobą jak każdy inny towar. Podobnie jak dla Marksa praca, tak informacja stała się towarem, który wystawiamy na sprzedaż (choć na razie jest to raczej okres pańszczyźniany). I podobnie jak praca, informacja jest akumulowana w kapitał informacyjny, który przestaje być naszą własnością. I z czasem, wraz z „postępem”, wzrasta asymetria informacyjna. Informacja, podobnie jak praca jest towarem szczególnym, bo związanym z człowiekiem. Przy czym trzeba rozróżnić pojęcie informacji i danych. Dane tworzą dopiero co najmniej dwie połączone informacje. Można zaczem przyjąć, że dane są odpowiednikiem kapitału. Oczywiście trudno wyobrazić sobie stan, w którym „sprzedamy wszystkie informacje o sobie” (tak jak dzisiaj sprzedajmy pracę), jednak informacja w znacznie większym stopniu niż praca wpływa na integralność człowieka. Można sobie bowiem łatwo wyobrazić „pracę wyłącznie dla pieniędzy” (w skrajnych z punktu widzenia jednostki warunkach fizycznych czy psychicznych), jednak nie pozbawienia człowieka kontroli na informacją lub zewnętrznego określania takiego czy innego poziomu kontroli nad informacją. Ponieważ oznacza to algorytmizację człowieka. Pozaintegralna kontrola informacji jest zawsze takim, czy innym totalitaryzmem. Człowiek i integralność to synonimy. Oczywiście ludzie często „nie kontrolują swojego życia” lub „tracą nad nim kontrolę”, ale nie jest to stan systemowy. Google traktuje ludzi jak algorytmy, dla niego są źródłem danych („źródłem pracy”), którą wykonują za „wirtualny” wikt i opierunek. Tyle tylko, że dzisiaj nie jesteśmy przypisani do ziemi, ale stajemy się przywiązani do czegoś co należy określić jako „technologie danych”.

Informacja to najmniejsza część integralności człowieka.

Nauka czy przyuczanie?

To rozróżnienie pozwala mi lepiej odnaleźć się w coraz bardziej dywergentnej sytuacji nauki (edukacji? dydaktyki? badań?). Zresztą bez względu na zastosowane etykiety, wspomniana dywergencja jest odczuwalna intuicyjnie.

Nauka, rozumiana idealistycznie powinna dążyć do własnych celów. Nauka, rozumiana idealistyczne, może przyjmować cele spoza swojej sfery, ale powinna je krytycznie weryfikować. Oczywiście, na poziomie bardziej pragmatycznym, nauka idalistyczna może dokonywać kompromisów. Jednak kompromisów nie na poziomie celów, ale kalkulacji. Świadomego rozróżnienia tego, co realizuje z własnych pobudek, a co z pobudek samozachowawczych i zarządzać tym poprzez proporcje wysiłków kierowanych na poszczególne obszary. Innymi słowy – nauka, podobnie jak media w społeczenstwie (idealizm) ma pełnić określoną rolę, postawioną chyba trochę wyżej – bo na poziomie cywilizacyjnym (wiara w „ostateczną obiektywność”).

Ten problem nie jest nowy, bowiem już Einstein zwrócił uwagę, że „trudno jest znaleźć naukowca, któremu ktoś nie płaci”. Nawet państwo, czyli w praktyce – politycy, realizujący w danym momencie określony program polityczny. Tutaj sytuacja nie wydaje się tak skomplikowana. Prawica wspiera badania historyczne, lewica społeczne, a technokraci – cyfryzację (ekonomię).

Natomiast, gdy nauka zaczyna wytwarzać kandydatów na rynek pracy to jest to już przyuczanie. Tak zwane kierunki praktyczne nie mają uczyć myślenia, ale działania. Działania w znanych warunkach. Ma to podwójny wymiar. I wcale nie chodzi mi tutaj o „wyższość” czy „niższość” takiego czy innego podejścia, ale raczej konsekwencje. Jeśli bowiem zastanowić się nad celami uczenia się – to powinno ono służyć zbudowaniu zdolności poznawania ideii, które pomagają zrozumieć własne życie i świat. Przyuczanie natomiast służy poznaniu faktów, nabyciu kwalifikacji i zdolności do rozrywki (określonej kompetencji kulturowej) czyli umiejętności regeneracji po skutecznym wykorzystaniu kwalifikacji w pracy.

Różnica jest taka, że jeśli człowiek rozumie, to ma poczucie uczestnictwa. Jeśli tylko zna fakty posiada co najwyżej złudzenie uczestnictwa i nie jest zdolny do redefinicji. Zatem przyuczanie prowadzi do tworzenia społeczeństwa wysoko wykwalifikowanych jednostek i grup, które są niezdolne do zakwestionowania ram im wyznaczonych. W tym – w przypadku nauki jako dziedziny – do weryfikacji celów jakie powinna sobie stawiać nauka jako taka.

Napisałem trochę więcej na ten temat, po tym twicie:

nauka czy przyuczanie przez całe życie?

twitter.com/networked_d

@władza sieci „…standardy, które umożliwiają globalną koordynację (…) mogą doprowadzić do eliminacji alternatyw umożliwiających zborowości dokonywanie wolnego wyboru.”

@kapitalizm nowego typu; przekształcenia rynku pracy „…tradycyjni pracownicy muszą być gotowi dostosować [stale przyuczać się?] się do potrzeb przedsiębiorstwa sieciowego >>w przeciwnym razie będą zastąpieni przez maszyny lub alternatywną siłę roboczą.<<”

Cyfrowe szczęście czy cyfrowa szczęśliwość?

Założenie, jeśli w ogóle tak można to nazwać, że narzędzia są w stanie dać człowiekowi szczęście, wydaje się najbardziej absurdalnym pomysłem na jaki mógł wpaść człowiek. To tak, jakby uznać, że lądowanie człowieka na Księżycu miało większe znaczenie niż odwaga Kopernika, w zanegowaniu przez niego panującego współcześnie intelektualnego status quo, obnażeniu słabości myślenia większości współczesnych mu ludzi, w tym przeciwstawieniu się wszystkim współczesnym autorytetom. Czy dziś nauka byłaby zdolna do takiego nonkonformizmu? W porównaniu z ludzkim wysiłkiem włożonym w realizację programu Apollo siła pojedynczego umysłu Kopernika chyba najlepiej prezentuje sprzeczność pomiędzy wiarą w narzędzia (jak?), a wiarą w człowieka (co?).

To, że człowiek zastąpił religię innym rodzajem wiary, nie zmienia istoty oparcia spojrzenia na świat o pewien system „niepodważalnych” doktryn. Nauka, na co zwracał uwagę już Kuhn, „nigdy się nie myli”, ponieważ zgodnie z kumulatywną teorią rozwoju wiedzy, jej twierdzenia są przeformułowywane wraz z „nowymi odkryciami” (kolejnym krokiem odsłaniania świata zmysłowego). „Aktualny stan wiedzy naukowej” oznacza zawsze absurdalne opieranie się (wiarę) na tym, że dzisiaj mylimy się „nieznacznie” względem tego, co „było” i „będzie”.

Niestety dla nauki, filozofia jest w stanie wejść w stan umysłu, w którym wszystkie kwestie naukowe zostały już potencjalne „wyjaśnione”, a życie zostało pozbawione jakiejkolwiek tajemnicy. Bo przecież to jest kwintesencją nauki – zbudowanie ostatniego mostu, a zatem sprawienie, że naukowcy przestaną być potrzebni. Nauka zmierza zatem do autodestrukcji.

Z drugiej strony, jeśli cele nauki („poznanie/wytłumaczenie/zrozumienie świata?”) nie mogą zostać nigdy osiągnięte, nauka będzie zawsze sprzeczna sama ze sobą. Stawiając sobie pozarealne cele staje się w istocie systemem mistycznym. Tak, czy inaczej „spełniony” naukowiec może być tylko filozofem. Czyli tego rodzaju umysłowością z jaką wydaje się dzisiaj doskonale sprzeczny.

Nauka, zwłaszcza nauka epoki cyfrowej, dąży do urzeczywistniania „szczęścia”. Filozofia jeśli w ogóle do czegokolwiek dąży, to do wskazywania nieuchwytnego. Do tego, aby zdefiniować granicę poznania, aby zdefiniować człowieka. Jako słabego, niezdolnego do wykraczania poza swoją złożoną naturę. Narzędzia zawsze służyły skrywaniu granic siebie samych (i jednocześnie nas samych). Odsuwaniu od nas samych myśli o nas samych. Dlatego wiara, że inżynierowie zbawią świat (ekonomiści już chyba nie dadzą rady), a nas wraz z nim, jest niczym innym jak kolejnym rodzajem wiary. Być może przydatnej, ale nieużytecznej dla poznania nas samych.

Cyfrowe szczęście jest nam dzisiaj sprzedawane w taki sam sposób jak biblijny Eden, w którym dusza („osobowość”) oddzieli się od ciała i będzie „żyć” wiecznie (założenie, że człowiek został powołany do wiecznego życia i nieśmiertelności jest jednym z najstarszych założeń religijnych – na co dzień doświadczamy przecież czegoś zupełnie odwrotnego, takich prostych analogii w ideologii cyfryzacji można odnaleźć niemal tyle samo co stron w Biblii, można nawet przyjąć, że „świętą księgą” cyfryzacji jest Internet). Zapominamy tylko, że warunkiem wejścia/wyjścia z tej krainy szczęśliwości jest powstrzymywanie się od rozróżniania dobra i zła (są tylko „zasady”, „regulaminy”).

Jeśli uwierzymy wystarczająco mocno w cyfrowy raj, być może stworzymy (zaprojektujemy, zaprogramujemy) człowieka specjalnie przeznaczonego do odczuwania szczęścia w takim właśnie miejscu. Nie można jednak zapomnieć, że dobro nie istnieje bez zła. Jak nazwać świat pozbawiony dobra i zła? Wirtualny? Musimy pamiętać, że to w właśnie Raj, w którym ten kto ustala zasady, pozostaje z założenia niedostępny dla jego mieszkańców, jest wzorem wszelkich utopii.

Nie bez znaczenia jest również wspomniana powyżej relacja sprzedawca szczęśliwości – konsument szczęśliwości (kto nam sprzedaje cyfrowy raj?), w którym sprzedawca stawia siebie nie „ponad” ale poza zasadami w nim obowiązującymi („regulaminem cyfrowego raju”), przedstawiając nam prawa tam obowiązujące jako prawa naturalne niedostępne dla człowieka.

Niestety nauka skupiona na własnym uczuciu zadowolenia opartym na coraz skuteczniejszym wkręcaniu śrubek w cyfrowym sklepieniu, nie jest w stanie rozróżnić szczęśliwości od szczęścia ani przyuczania od rozumienia.

Cheerful drones

Globalizacja jest w interesie kapitalizmu a nie społeczeństw. Cyfryzacja to narzędzie w rękach globalizacji, które ma usprawnić i przyspieszyć akumulację kapitału. Podobnie jak industrializacja cyfryzacja nie wpływa na poprawę losu przeciętnego człowieka. Sprawia tylko, że zakumulowana praca staje się własnością coraz mniej licznych. Przy korupcji moralnej establishmentu politycznego, który jako jedyna grupa społeczna został dopuszczony do konsumpcji, prowadzi to wprost do nieuchronnego stanu napięcia przedrewolucyjnego. Jednak cyfryzacja, podobnie jak produkcja przemysłowa, która stworzyła uniwersalne narzędzie każdej rewolucji – Kałasznikowa, dała każdemu dostęp do broni współczesnego konfliktu – usieciowionych mediów społecznych. Sam kapitalizm otacza się maszynami, bazami danych i algorytmami ponieważ nie może już liczyć na poparcie zwykłych ludzi. Serwerownie i centra obliczeniowe to współczesne odpowiedniki pałaców feudalnych, w których władza opiera się na absolutnej kontroli danych.