Nauka czy przyuczanie?

To rozróżnienie pozwala mi lepiej odnaleźć się w coraz bardziej dywergentnej sytuacji nauki (edukacji? dydaktyki? badań?). Zresztą bez względu na zastosowane etykiety, wspomniana dywergencja jest odczuwalna intuicyjnie.

Nauka, rozumiana idealistycznie powinna dążyć do własnych celów. Nauka, rozumiana idealistyczne, może przyjmować cele spoza swojej sfery, ale powinna je krytycznie weryfikować. Oczywiście, na poziomie bardziej pragmatycznym, nauka idalistyczna może dokonywać kompromisów. Jednak kompromisów nie na poziomie celów, ale kalkulacji. Świadomego rozróżnienia tego, co realizuje z własnych pobudek, a co z pobudek samozachowawczych i zarządzać tym poprzez proporcje wysiłków kierowanych na poszczególne obszary. Innymi słowy – nauka, podobnie jak media w społeczenstwie (idealizm) ma pełnić określoną rolę, postawioną chyba trochę wyżej – bo na poziomie cywilizacyjnym (wiara w „ostateczną obiektywność”).

Ten problem nie jest nowy, bowiem już Einstein zwrócił uwagę, że „trudno jest znaleźć naukowca, któremu ktoś nie płaci”. Nawet państwo, czyli w praktyce – politycy, realizujący w danym momencie określony program polityczny. Tutaj sytuacja nie wydaje się tak skomplikowana. Prawica wspiera badania historyczne, lewica społeczne, a technokraci – cyfryzację (ekonomię).

Natomiast, gdy nauka zaczyna wytwarzać kandydatów na rynek pracy to jest to już przyuczanie. Tak zwane kierunki praktyczne nie mają uczyć myślenia, ale działania. Działania w znanych warunkach. Ma to podwójny wymiar. I wcale nie chodzi mi tutaj o „wyższość” czy „niższość” takiego czy innego podejścia, ale raczej konsekwencje. Jeśli bowiem zastanowić się nad celami uczenia się – to powinno ono służyć zbudowaniu zdolności poznawania ideii, które pomagają zrozumieć własne życie i świat. Przyuczanie natomiast służy poznaniu faktów, nabyciu kwalifikacji i zdolności do rozrywki (określonej kompetencji kulturowej) czyli umiejętności regeneracji po skutecznym wykorzystaniu kwalifikacji w pracy.

Różnica jest taka, że jeśli człowiek rozumie, to ma poczucie uczestnictwa. Jeśli tylko zna fakty posiada co najwyżej złudzenie uczestnictwa i nie jest zdolny do redefinicji. Zatem przyuczanie prowadzi do tworzenia społeczeństwa wysoko wykwalifikowanych jednostek i grup, które są niezdolne do zakwestionowania ram im wyznaczonych. W tym – w przypadku nauki jako dziedziny – do weryfikacji celów jakie powinna sobie stawiać nauka jako taka.

Napisałem trochę więcej na ten temat, po tym twicie:

nauka czy przyuczanie przez całe życie?

twitter.com/networked_d

@władza sieci „…standardy, które umożliwiają globalną koordynację (…) mogą doprowadzić do eliminacji alternatyw umożliwiających zborowości dokonywanie wolnego wyboru.”

@kapitalizm nowego typu; przekształcenia rynku pracy „…tradycyjni pracownicy muszą być gotowi dostosować [stale przyuczać się?] się do potrzeb przedsiębiorstwa sieciowego >>w przeciwnym razie będą zastąpieni przez maszyny lub alternatywną siłę roboczą.<<”

Cyfrowe szczęście czy cyfrowa szczęśliwość?

Założenie, jeśli w ogóle tak można to nazwać, że narzędzia są w stanie dać człowiekowi szczęście, wydaje się najbardziej absurdalnym pomysłem na jaki mógł wpaść człowiek. To tak, jakby uznać, że lądowanie człowieka na Księżycu miało większe znaczenie niż odwaga Kopernika, w zanegowaniu przez niego panującego współcześnie intelektualnego status quo, obnażeniu słabości myślenia większości współczesnych mu ludzi, w tym przeciwstawieniu się wszystkim współczesnym autorytetom. Czy dziś nauka byłaby zdolna do takiego nonkonformizmu? W porównaniu z ludzkim wysiłkiem włożonym w realizację programu Apollo siła pojedynczego umysłu Kopernika chyba najlepiej prezentuje sprzeczność pomiędzy wiarą w narzędzia (jak?), a wiarą w człowieka (co?).

To, że człowiek zastąpił religię innym rodzajem wiary, nie zmienia istoty oparcia spojrzenia na świat o pewien system „niepodważalnych” doktryn. Nauka, na co zwracał uwagę już Kuhn, „nigdy się nie myli”, ponieważ zgodnie z kumulatywną teorią rozwoju wiedzy, jej twierdzenia są przeformułowywane wraz z „nowymi odkryciami” (kolejnym krokiem odsłaniania świata zmysłowego). „Aktualny stan wiedzy naukowej” oznacza zawsze absurdalne opieranie się (wiarę) na tym, że dzisiaj mylimy się „nieznacznie” względem tego, co „było” i „będzie”.

Niestety dla nauki, filozofia jest w stanie wejść w stan umysłu, w którym wszystkie kwestie naukowe zostały już potencjalne „wyjaśnione”, a życie zostało pozbawione jakiejkolwiek tajemnicy. Bo przecież to jest kwintesencją nauki – zbudowanie ostatniego mostu, a zatem sprawienie, że naukowcy przestaną być potrzebni. Nauka zmierza zatem do autodestrukcji.

Z drugiej strony, jeśli cele nauki („poznanie/wytłumaczenie/zrozumienie świata?”) nie mogą zostać nigdy osiągnięte, nauka będzie zawsze sprzeczna sama ze sobą. Stawiając sobie pozarealne cele staje się w istocie systemem mistycznym. Tak, czy inaczej „spełniony” naukowiec może być tylko filozofem. Czyli tego rodzaju umysłowością z jaką wydaje się dzisiaj doskonale sprzeczny.

Nauka, zwłaszcza nauka epoki cyfrowej, dąży do urzeczywistniania „szczęścia”. Filozofia jeśli w ogóle do czegokolwiek dąży, to do wskazywania nieuchwytnego. Do tego, aby zdefiniować granicę poznania, aby zdefiniować człowieka. Jako słabego, niezdolnego do wykraczania poza swoją złożoną naturę. Narzędzia zawsze służyły skrywaniu granic siebie samych (i jednocześnie nas samych). Odsuwaniu od nas samych myśli o nas samych. Dlatego wiara, że inżynierowie zbawią świat (ekonomiści już chyba nie dadzą rady), a nas wraz z nim, jest niczym innym jak kolejnym rodzajem wiary. Być może przydatnej, ale nieużytecznej dla poznania nas samych.

Cyfrowe szczęście jest nam dzisiaj sprzedawane w taki sam sposób jak biblijny Eden, w którym dusza („osobowość”) oddzieli się od ciała i będzie „żyć” wiecznie (założenie, że człowiek został powołany do wiecznego życia i nieśmiertelności jest jednym z najstarszych założeń religijnych – na co dzień doświadczamy przecież czegoś zupełnie odwrotnego, takich prostych analogii w ideologii cyfryzacji można odnaleźć niemal tyle samo co stron w Biblii, można nawet przyjąć, że „świętą księgą” cyfryzacji jest Internet). Zapominamy tylko, że warunkiem wejścia/wyjścia z tej krainy szczęśliwości jest powstrzymywanie się od rozróżniania dobra i zła (są tylko „zasady”, „regulaminy”).

Jeśli uwierzymy wystarczająco mocno w cyfrowy raj, być może stworzymy (zaprojektujemy, zaprogramujemy) człowieka specjalnie przeznaczonego do odczuwania szczęścia w takim właśnie miejscu. Nie można jednak zapomnieć, że dobro nie istnieje bez zła. Jak nazwać świat pozbawiony dobra i zła? Wirtualny? Musimy pamiętać, że to w właśnie Raj, w którym ten kto ustala zasady, pozostaje z założenia niedostępny dla jego mieszkańców, jest wzorem wszelkich utopii.

Nie bez znaczenia jest również wspomniana powyżej relacja sprzedawca szczęśliwości – konsument szczęśliwości (kto nam sprzedaje cyfrowy raj?), w którym sprzedawca stawia siebie nie „ponad” ale poza zasadami w nim obowiązującymi („regulaminem cyfrowego raju”), przedstawiając nam prawa tam obowiązujące jako prawa naturalne niedostępne dla człowieka.

Niestety nauka skupiona na własnym uczuciu zadowolenia opartym na coraz skuteczniejszym wkręcaniu śrubek w cyfrowym sklepieniu, nie jest w stanie rozróżnić szczęśliwości od szczęścia ani przyuczania od rozumienia.

Cheerful drones

Globalizacja jest w interesie kapitalizmu a nie społeczeństw. Cyfryzacja to narzędzie w rękach globalizacji, które ma usprawnić i przyspieszyć akumulację kapitału. Podobnie jak industrializacja cyfryzacja nie wpływa na poprawę losu przeciętnego człowieka. Sprawia tylko, że zakumulowana praca staje się własnością coraz mniej licznych. Przy korupcji moralnej establishmentu politycznego, który jako jedyna grupa społeczna został dopuszczony do konsumpcji, prowadzi to wprost do nieuchronnego stanu napięcia przedrewolucyjnego. Jednak cyfryzacja, podobnie jak produkcja przemysłowa, która stworzyła uniwersalne narzędzie każdej rewolucji – Kałasznikowa, dała każdemu dostęp do broni współczesnego konfliktu – usieciowionych mediów społecznych. Sam kapitalizm otacza się maszynami, bazami danych i algorytmami ponieważ nie może już liczyć na poparcie zwykłych ludzi. Serwerownie i centra obliczeniowe to współczesne odpowiedniki pałaców feudalnych, w których władza opiera się na absolutnej kontroli danych.

Wolność w świecie cyfrowym?

Jeden z niezależnych instytutów poprosił mnie o opracowanie memorandum „Wolność w internecie”. W przyszłym tygodniu będę przedstawiał główne tezy. Zgodziłem się, ponieważ dostałem wolną rękę jeśli chodzi o same tezy jak i późniejszy tekst.

Przede wszystkim staram się teraz odpowiedzieć na pytanie „Co to jest wolność w internecie?”. Ale chyba najpierw trzeba jednak odpowiedzieć na pytanie czym była wolność w świecie bez internetu (bez technologii ICT)? Jak z perspektywy „świata analogowego” wyglądałaby ocena obecnej wolności internetowej? Jak bardzo, pod wpływem adaptacji naszych postaw, zachowań i przekonań wynikających z wpływu technologii, zrekonfigurowaliśmy nasze myślenie o tym czym jest wolność? Jak bardzo „internet” ukształtował to, czym wolność jest obecnie? Czy tworząc świat cyfrowy, wiedzieliśmy na jaki rodzaj wolności się decydujemy?

Wolność (do) internetu jest inną wolnością niż wolność od internetu. A tego wyboru jesteśmy coraz częściej pozbawiani. Cyfryzacja, która stała się oficjalną doktryną ekonomiczno-polityczną, coraz częściej nie daje nam możliwości wyboru wolności od internetu. Dlatego odpowiedzenie na pytanie jak wygląda wolność w świecie cyfrowym jest w istocie odpowiedzią na pytanie „czym w ogóle wolność dzisiaj jest”?

Czy jedynym wyborem jaki posiadamy jest tak naprawdę dyskusja o „wolności w ramach wyznaczonych przez ICT”? Czy zautomatyzowany sposób wytwórczości, tak jak kiedyś system feudalny, przemysłowy determinuje „przedział dostępnej wolności”?

Czy wolnością można nazwać brak wyboru?

Czy istotą dyskusji o wolności jest jej wizja tworzona przez firmy technologiczne?

Jeśli ktoś ma jakieś pomysły na tezy – proszę o komentarz lub wiadomość na priv.

 

Wyśniony sen Gutenberga

Ile wart jest tekst? Ile warte są słowa? Wartość. Jaka jest wartość tego, co piszemy, co tworzymy, co czytamy? A może wytwarzamy, produkujemy, konsumujemy i przetwarzamy – procesujemy? Tak często i namiętnie toczone są obecnie debaty na temat wartości ekonomicznej treści oraz ich „ochrony”. Co samo w sobie wydaje się dosyć karkołomne, bowiem przed kim mielibyśmy te treści chronić? Przed nami samymi? Koncepcja takiej czy innej restrykcji w dostępie do treści wydaje się z gruntu skazana na porażkę. Jak można zamknąć coś, co z natury rzeczy jest wolne? Myśl jest esencjonalnie wolna.

Zastanawiam się czy jesteśmy jeszcze w stanie oderwać się od ekonomicznego aspektu znaczenia tekstów. Czy pierwotnie, wartość ta nie wynikała z wartości społecznej, kulturowej, edukacyjnej? Czy właśnie ten wymiar wartości nie ustanawiał wyjściowej wartości ekonomicznej wszelkiego tekstu? Ulegając (bądź nie) z czasem kulturowej dewaluacji, tekst kosztował mniej lub utrzymywał swoją „wartość-cenę”. W czasach, w których dominowała instytucjonalna dystrybucja treści powstał dosyć sztuczny system „wyceny” wartości tekstów. Najróżniejsze pozycje, od poezji po nauki ścisłe, były i są wyceniane w istocie nie w oparciu o wartość, ale koszt. Najczęściej koszt nośnika.

Jednak, koncentrując się na wartości ekonomicznej, pomijamy istotę piśmiennictwa. Tekst jako taki jest jedynie pośrednikiem w przekazywaniu właściwej wartości. Tworząc, zapisując litery, wyrazy, zdania, eseje, książki, encyklopedie, budując i utrzymując biblioteki, nie robimy tego wcale z sentymentu do tekstu. Robimy to, ponieważ kultura piśmienna stanowi wartość w postaci myśli, idei i oryginalności tego, kim jesteśmy. Słowo pisane dostarcza specyficznego sposobu widzenia świata. Stanowi jak dotąd najdoskonalszy sposób umysłowej komunikacji ludzi. Stanowi, poza samą myślą, najdoskonalszy sposób zrozumienia samego siebie. Słowo pisane jest językiem umysłu. Jest jego najbardziej dostępną emanacją i metaforą.

Trywializując zastosowanie słowa pisanego sprawiamy, że pozornie – słowa Goethego są tożsame z instrukcją odkurzacza. Być może te drugie mają nawet większą „wartość”? Tekst to technologia umysłu. Pytanie – czy mamy tak dużo do powiedzenia, czy tak mało? A może wszystko, co ważne już powiedzieliśmy? A może tekst jako forma komunikacji osiągnął swoje granice? Tak jak biurokracja, która przecież jest ciemną stroną „kultury” pisma? Oczywiście czytamy dalej. Dalej również piszemy. Tylko czy w dalszym ciągu współczesność przynależy do świata „kultury pisma”? Czy dalej jesteśmy piśmienni? Nie tylko w rozumieniu technicznej zdolności do odczytu/zapisu, ale w szerszym – przynależności do kulturowego kręgu, wspólnoty czytelników? Czy pismo ze względu na niebywałą eksplozję informacyjną w dalszym ciągu nas łączy, czy już dzieli? Czy to rzeczywistość wokół nas staje się prostsza, czy to my zaczynamy mniej w niej dostrzegać? Może potrzebujemy cyfr, a nie liter?

Ile wart jest dobry tekst? Tekst, za którym stoi chwila, miesiąc, rok, dekada namysłu? Tekst, zdanie, kilka zdań, sentencja, która często zmienia nasze życie. Albo podsumowuje całość jakiegoś życia? Czy, jeśli porzucimy tekst, zapomnimy o wszystkich umysłach, które w ten właśnie sposób zostały utrwalone? Aby mówić do nas przez stulecia, a nawet dłużej? Czy tekst może być wart „zero”? Przeczytanie „dobrego” i „złego” tekstu zajmuje tyle samo czasu (choć „zły” może się trudniej czytać, co nie jest tak oczywistą normą, ponieważ wartościowe teksty, jak np. „Sein und Zeit” wcale do prostych nie należą i sprawniej poradzilibyśmy sobie zapewne z tuzinem przewodników po Katalonii). Ale czy czytamy więcej wartościowych treści, czy mniej? Narzekamy na „słabą jakość”, ale czy poszukujemy dobrej? Zapewne w perspektywie kilku lat wszystkie książki, podobnie jak już dzisiaj muzyka, będą dostępne za przysłowiowego dolara miesięcznie. Nic, kompletnie nic, nie będzie już stało pomiędzy nami, a „dobrymi” treściami. Tylko my sami. Nasze wybory.

Kultura piśmienna to pewien upór. To pewna postawa. To zdolność do wchodzenia w świat na papierze (na czytniku). Dyskutując o tym, ile powinien kosztować dostęp do treści pisanych (w internecie, w postaci książki) nie zadajemy sobie podstawowego pytania – nie ile „to” kosztuje, ale ile jest warte? Czy wartość tego uniwersalnego narzędzia jakim jest alfabet można w jakikolwiek sposób zmierzyć ekonomicznie? Tak abstrakcyjnego narzędzia, integralnego z człowiekiem? Narzędzia, które w zależności od naszej woli może utrwalić myśl na sekundę, lub setki lat? Wymagającego wyłącznie patyka i piasku lub dłuta i kamienia.

Czytanie, a tym bardziej pisanie, wymaga znacznie większego nakładu czasu niż przyswojenie informacji w inny sposób. Czy to jednak nie jest zaleta pisma? Czy potrafimy pozbawić się refleksyjności? Tego zresztą nie gwarantują już „teksty internetowe”, ponieważ komentarze pod treściami online pojawiają się „do ręki”, tu i teraz. W komentarzach ujawniamy pierwszą i najczęściej jedyną myśl. Zostajemy z jedną myślą. Jeśli porzucimy refleksyjność, porzucimy wizję „lepszego człowieka”. A przynajmniej uświadomioną chęć zmiany pod wpływem własnej refleksyjności, pod wpływem tego, co między słowami. Słowa i zdania nie mówią nam o tym, co znajduje się bezpośrednio w tekście, ale o tym co możliwe. Słowa w tekście są jak nuty, które można zagrać. Jednak każdy rozumie muzykę na swój sposób. Pomimo pozornej spójności, pozornej literalności.

Ile zatem wart jest „dobry tekst”? Twórczość piśmienna jest czymś co pozwala nam uświadamiać sobie, że jesteśmy indywidualni. Pomimo tego, że jesteśmy „równi” nie jesteśmy równoważni. Nie ma chyba lepszego narzędzia, które jest tak dobrym nośnikiem naszej złożoności. Czy przypadkiem świat, w którym żyjemy nie jest światem istniejącym dzięki kulturze piśmiennej? Być może, to w istocie pytanie o nas, a nie o tekst?

Czy czasy w których wszystko jest dostępne dla wszystkich, czasy w których ziścił się „sen Gutenberga” oznaczają, ponowną elitaryzację? Być może dzięki brutalnej dostępności wszystkiego dowiemy się również wszystkiego o sobie? Możemy nie tylko czytać co chcemy, ale również pisać, co chcemy. W końcu obudziliśmy się we śnie, o którym śniliśmy. Tylko czy to nie jest przypadkiem chaos? Pomiędzy wiedzą o nas samych, a nami samymi jesteśmy dzisiaj tylko my sami. Tylko czy my chcemy się czegoś o sobie dowiedzieć? Bez względu na odpowiedź będzie to oznaczało taką lub inną rewolucję. Podobnie jak z pytaniem o to, czy jesteśmy sami we wszechświecie – istnieją dwie odpowiedzi i obie są równie przerażające. Przynajmniej z dzisiejszej perspektywy.

Czy mamy jeszcze coś do pozwiedzania o nas samych? Może zerowa ekonomiczna wartość tekstów to wymiar tego, że nic nowego już nam nie przekazują. Może internet jest wielką pralką w której wirują wciąż te same idee. Może rynek idei wyczerpał się i dysponujemy dzisiaj wyłącznie kalejdoskopem, który wyświetla nam przed oczami jedynie różne układy tych samych kolorowych szkiełek? Może to nie tekst tutaj zawinił, ale my sami?

 

Definicja cyfryzacji

Czy cyfryzacja jest dobra dla demokracji? Podobno nie mamy wyjścia. Ale czym jest cyfryzacja? Równie dobrze można by zapytać, czym jest demokracja. Choć w tym drugim przypadku pewnie uzyskamy więcej zgody, przynajmniej na poziomie ogólnej koncepcji. Być może cyfryzacja budzi nawet mniej wątpliwości (co poniekąd jest jedną z przyczyn dla których zacząłem niniejsze rozważania). Tylko, czym jest cyfryzacja? Czym cyfryzacja różni się od digitalizacji? I jak, w szerszym kontekście, cyfryzacja ma się do automatyzacji, która zaczyna wypierać mechanizację. Świat nie jest jednowymiarowy, jak chcieliby twórcy modeli socjologicznych. Zwłaszcza w Polsce, podróżując po niej fizycznie, jednego dnia jestem w dużym „centrum” obliczeniowym, które przetwarza miliardy „operacji” „wykonywanych” przez ludzi rozproszonych po całym świecie, odwiedzam halę dystrybucyjną z pełną automatyką przemysłową, w której ludzie są już dodatkiem do maszyn. Z drugiej strony za oknem można zobaczyć człowieka, idącego po polu za koniem, który w dalszym ciągu wykorzystuje technologię tak starą jak cywilizacja. W tym czasie jego dzieci uczą się w szkole o digitalizacji, za chwilę zapewne z „cyfrowego elementarza”.

Dlatego właśnie pytanie o demokrację nie jest być może tak istotne (patrz wpis „ICT i wizje demokracji”), jak pytanie o nas. Pytanie o to, jakimi ludźmi stajemy się dzięki kolejnej zmianie percepcji świata. Percepcji, jaką przynosi nam zmiana systemu wartości uwarunkowana tym, cyfrowym, specyficznym wymiarem narzędzi. Cyfrowym wymiarem nas. Zanim jednak zaczęliśmy się cyfryzować, a z czasem zaczniemy wirtualizować, rozpoczęliśmy procesy digitalizacyjne.

cyfryzacja_artificial_reflexivity

Digitalizacja to przede wszystkim zmiana formy. Przedzierżgnięcie się rzeczywistego, fizycznego świata, jednego lub wielu jego składników, w cyfrowy „odpowiednik”. [opisać problem desygnatów]. Digitalizacja z punktu widzenia ekonomii, to większa ergonomia (łatwość, szybkość dostępu, propagacji) i oszczędność „przestrzeni”. O jakiej jednak przestrzeni mówimy? Czy w odniesieniu np. do „pamięci” dyskowej możemy mówić o pamięci rozumianej na nasz, ludzki sposób? Czy to ta sama przestrzeń? Podobnie w odniesieniu do czasu. Jaką rolę w procesie propagacji informacji odgrywa szybkość rozprzestrzeniania się? Czy życie w świecie, w którym nie występują opóźnienia, w świecie natychmiastowości, jest inne? W jakim wymiarze? Jak na nas wpływa natychmiastowość wszystkiego? Czy dzięki takim rozwiązaniom jak Oculus będziemy mogli każde nasze marzenie zaspokoić zmysłowo w sekundę, milisekundę? Czy wirtualność zacznie antycypować nasze myśli? Czy to, co pomyślimy, stanie się wirtualnie rzeczywiste w taki sposób, że nie tylko – nie będziemy w stanie tego „odróżnić”, ale faktycznie będzie dla nas rzeczywiste? Świat natychmiastowości, to świat automatów. Świat braku refleksyjności.

Dlatego właśnie digitalizacja nie jest tak trywialnym zagadnieniem. Nie można problemu digitalizacji sprowadzić do kwestii „archiwizowania”. Jeśli rzeczywiście odnosić się do kwestii procesowych, jakie dzięki digitalizacji stają się udziałem człowieka, to w istocie kluczowe staje się nie powołanie, ale propagacja cyfrowych „kopii”. Kopii, które w istocie nie są kopiami, ale przybliżeniami, wyobrażeniami, obrazami, emanacjami na tyle szczegółowymi, że mogą uchodzić za kopie, a nawet przedmioty rzeczywiście właściwe (same w sobie).

Digitalizacja nie jest wprowadzaniem do pamięci komputerów tradycyjnych materiałów. Digitalizacja jest zmianą formy tych treści. Digitalizacja to zmiana. Digitalizacja to tłumaczenie z języka człowieczego na język maszynowy. Digitalizacja to zmiana języka. A każda zmiana formy przynosi zmianę treści. Zresztą, narodziny cyfrowego alter ego to początek szerszego, bo właściwie potencjalnie nieskończonego procesu jego poszerzania. Rozszerzania rodzącej się wirtualnej rzeczywistości, w której sami ustalamy elementarne granice, takie jak poziom szczegółowości tego świata. Jego rozdzielczość. Digitalizacja sprawia, że świat będzie relatywizowany, ponieważ przestaniemy posługiwać się ideą skończoności i trwałości. W pewnym sensie oznacza to zerwanie z nowożytnością jako systemem ontycznym. Niepewność granic, zacieranie się różnic, to wszystko wpisuje się w koncepcje uniwersalistyczne. Pozorna jednolitość uniwersalistyczna oznacza jednak spójność nawet sprzecznych treści. Jeśli bowiem wszystko jest możliwe, to nic nie jest pewne. Wszystko jest rekonfigurowalne.

Poszerzanie każdej cyfrowej emanacji dokonuje się poprzez dołączanie do niej metadanych. Metadane mogą istnieć niezależnie od digitalizacji. Dlatego właśnie rozważania o digitalizacji należałoby rozszerzyć o problem metadanych przypisanych do istniejącej już cyfrowo „kartoteki”. Przedmioty, ludzie, miejsca, wydarzenia – wszystko to, co, choć nie zawsze jest zdigitalizowane, najczęściej posiada już swoją kartotekę cyfrową z metadanymi zawierającymi np. opinie, obrazy, notatki, tagi i wiele innych informacji. Restauracja czy uczelnia posiada już, najczęściej jeszcze rozproszone kartoteki, do których dołączone są, jeszcze niespójne, metadane. Nasze awatary w serwisach społecznościowych są już wyposażone w metadane. Znajomi kategoryzują nas w grupach, kręgach, listach, dodają do ulubionych. Wszystko to są metadane odnoszące się do nas samych. Pomimo tego, że nie posiadamy jeszcze „łudząco” podobnej kopii wirtualnej. Choć, być może i to będzie możliwe już wkrótce. Dzięki wirtualnym technologiom emulującym przestrzeń stanie się możliwe wielowymiarowe skanowanie człowieka, wraz z głosem, charakterystycznym językiem ciała, i wszystkim tym, co nasza indywidualność przejawia przez nasze ciała działając na zmysły innych. Zanim jednak do tego dojdzie warto zadać sobie pytanie, czy na wzór „prawa do zapomnienia” będziemy musieli zacząć walczyć również o „prawo do zapomnienia metadanych”?

Dzisiejsza digitalizacja dopiero się konstytuuje. Jest digitalizacją selektywną, która koncentruje się przede wszystkim na próbach zachowania w formie cyfrowej tego wszystkiego, co wydaje się nam wartościowe z dzisiejszego punktu widzenia. Innymi słowy – digitalizując obiekty fizyczne skupiamy się na tym, co jest zgodne z bieżącym systemem wartości. Digitalizujemy obecny system wartości, który niekoniecznie jest zgodny z tym, co może być uznane za wartościowe z punktu widzenia przyszłości. Pomimo tego, że zdajemy sobie sprawę, iż to, co wydawało się wartościowe z punktu widzenia epoki historycznej, często nie jest tak oceniane przez nas samych. Dlatego jeśli w ogóle można mówić o paradygmacie digitalizacji archiwizacyjnej powinien on być nakierowany na całą współczesną obiektywność. Digitalizując „to, co wartościowe” jesteśmy kuratorami teraźniejszości względem przyszłości. Dokonujemy digitalizacji selektywnej. W tym sensie przyszłość jest częścią teraźniejszości.

Digitalizacja to zmiana treści. A to oznacza, że nawet, jeśli zachowamy „to, co jest”, z punktu widzenia przyszłości teraźniejszość nigdy nie będzie tym samym, „co było”. Co więcej, zawartość metadanych może całkowicie zmienić integralność fizycznego wzorca. Digitalizacja i w ogóle cyfrowa rzeczywistość przynosi zatem problem oryginalności. Pisałem kiedyś o tym, że „to, co znajdzie się w internecie przestaje być oryginalne”. Cyfrowa emanacja, zaczyna swoje własne życie. Może być poszerzana o interpretacje i konteksty. Co w przypadku obiektów, dla których forma związana jest z treścią lub forma komunikuje treść, może oznaczać zmianę treści lub niezgodność z kontekstem współczesności, oznacza fałsz.

Digitalizacja to nie tylko tłumaczenie na język komputera. To zmiana języka. To przejście od wielu języków (dźwięk, obraz, słowo, tekst, przestrzenność, ruch, ulotność, itd.) do jednego języka. To wirtualizacja wielu języków w jeden. Uniwersalizm komunikacyjny. Digitalizacja to standaryzacja języka. Obecnie jest to jednak wciąż nowy język, którego się dopiero uczymy. Sprawia to, że narażeni jesteśmy na błędne interpretacje i popełnianie błędów.

Jednak digitalizacja zakłada jeszcze, w odróżnieniu od cyfryzacji, przynajmniej czasową równoległość języków. Zdigitalizowane treści pozostają jeszcze przez jakiś czas w swojej podstawowej, pierwotnej i niezbywalnej formie. W tym sensie, są w dalszym ciągu dostępne dla człowieka. Człowieka nieuzbrojonego w narzędzia. Człowieka, który wyłącznie za sprawą swoich zmysłów jest w stanie odbierać rzeczywistość. Z cyfrowymi obrazami rzeczywistości jest już inaczej. Nie mamy do nich dostępu bez pośrednictwa narzędzi. Z „dobrodziejstw cyfrowego świata” możemy korzystać jedynie za pomocą komputerów. Zatem jest to rzeczywistość zapośredniczona. Jeśli podążymy taką ścieżką będzie to oznaczać cyborgizację ludzkości.

W kontekście powyższego, digitalizacja jest elementem rekonfiguracyjnego okresu kulturowego, a co za tym idzie, także społecznego. Wprowadza nas na drogę do jednego, uniwersalnego społeczeństwa cyfrowego. Posługującego się jednym, uniwersalnym, maszynowym językiem. Językiem, którym będziemy się komunikować nie tylko pomiędzy sobą, ale także z maszynami. Podobnie jak maszyny już porozumiewają się pomiędzy sobą („machine to machine communication” lub też bardziej swojska „interoperacyjność”), czego zdajemy się, na co dzień nie dostrzegać.

Digitalizacja to na razie reprezentacja rzeczywistości, a nie rzeczywistość sama w sobie. To kolejny rodzaj reprezentacji rzeczywistości. Digitalizacja to nie tylko przetwarzanie danych, ale retworzenie danych. Digitalizacja to zastąpienie logiki ciągłości logiką impulsów. Ciągłość czasu zastępowana jest ciągiem liczb. W tym sensie rzeczywistość, jako całość, a więc zawierająca także swoją cyfrową emanację-nie-będącą-emanacją, zaczyna przypominać dualizm korpuskularno-falowy. Digitalizacja wprowadza, zatem nawet dosłownie, kwantyzację. Tworzy świat małych paczek, małych pakietów. Wystandaryzowany świat, w którym precyzyjniej oddaje się funkcje o mniejszej zmienności. Digitalizacja jest rekonstrukcją. Wprowadzeniem do wirtualizacji.

Digitalizacja tworzy cegły wirtualnego domu.

Wirtualizacja występuje wtedy, gdy kulturowo zaczynamy akceptować cyfrowe odwzorowanie rzeczywistości. Wirtualizacja to powołanie rzeczywistości faktycznie abstrakcyjnej. Wirtualizacja to świat skończony, albo tak skończony jak tego zapragniemy.

second_life

„Second Poland”, 2008.

Technologie cyfrowe to nie to samo, co cyfryzacja. Cyfryzacja, w odróżnieniu od pochodzącego od angielskiego „digital” terminu „digitalizacja”, ma wymiar holistyczny. Posiada także cechy doktryny. Cyfryzacja to łączne określenie na komputeryzację, informatyzację i usieciowienie. Cyfryzacja jest, zatem terminem konstytuującym multidyscyplinarną dziedzinę rozważań. Pomiar cyfryzacji odbywa się nie poprzez nasycenie narzędziami (hardware, software, infrastruktura sieciowa), ale stopniem społecznej adaptacji akceptacji tych narzędzi. Cyfryzacja to depapieryzacja i dehumanizacja – komputerokracja.  To także pozbawienie losowości, przynajmniej w takim zakresie, w jakim do tej pory ją znaliśmy. Cyfryzacja oferuje nam w ten, czy w inny sposób zaprogramowaną rzeczywistość. Programowanie społeczne. Cyfryzacja to uniwersalizm technologiczny, a nie uniwersalizm społeczny. Przynajmniej na razie.

Usieciowiona cyfryzacja – wirtualizacja, to coś więcej, niż nasze zmysły. Nieświadomie są w stanie dostarczać mózgowi danych, które sugerują, że mamy kontakt z rzeczywistością, podczas gdy faktycznie tak nie jest. To prawdziwa twarz wirtualizacji, nie tej uświadamianej, ale rzeczywistej. Dopóki, bowiem mówimy o „wirtualnych światach” czujemy się bezpiecznie, ponieważ wydaje się nam, że oswoiliśmy wirtualność. Jednak z chwilą, gdy nasze zmysły biorą wirtualność za rzeczywistość podmiotem staje się maszyna a nie człowiek, ponieważ to „komputer” stwarza świat faktyczne rzeczywisty.

Cyfryzacja jest ograniczeniem człowieka. Cyfryzacja zakłada nie tylko wielowymiarową standaryzację (jak ją pogodzić z wizją różnorodności?), ale oferuje nam świat skończony. Świat skończonych informacji. Świat przetwarzany a nie świat przeżywany. Ta refleksja jest przynależna bardziej filozofii niż nauce. Choć właśnie w takim właśnie świecie nie ma już miejsca dla filozofii. Nie ma miejsca na pytania.

Uniwersalistyczna kolonizacja

Usieciowione społeczeństwo to społeczeństwo pewnej ideologii. Ideologii, która odbiera krajom, narodom, regionom własnych obywateli. Konwertuje jednostki poprzez włączanie ich w krąg wartości uniwersalnych. Formalni obywatele wymachujący formalnymi symbolami na formalnych eventach patriotycznych nie są jednak już prawdziwymi obywatelami. Bliżej im do wartości globalnych, uniwersalnych, wyznawanych setki i tysiące kilometrów dalej. Dalej im do drzwi, podwórka, ulicy obok. Tam rozpościera się Ciemnogród, nacjonalizm, homofobia, konserwatyzm, prostota i nieświadomość. Ciemnogród, który członkowie globalnej kultury korporacji rozświetlają przekonaniem o wyższości swoich wartości. Nowi Rzymianie, dla których tubylcy są przydatni dla wypełniania funkcji pomocniczych. Są oni konieczną, nieuniknioną infrastrukturą. Skazaną zresztą na modernizację. Na wyrównanie szans, wyrównanie zapóźnień, remont i przebudowę.

Uniwersalistyczne megaorganizacje tworzą własny, wirtualny ustrój. Ustrój mentalny. Ustrój w którym obywatelstwo jest wirtualne i nie wymaga wcale przekształcania świata materialnego. Ten typ kolonizacji nie pozostawia trwałych śladów w kulturze materialnej. Odciski te, jeśli są widoczne, oznaczają już przekształcenie systemu wartości właściwych obywateli, właściwej kultury tubylczej. Zawsze kiedy słyszymy „postęp”, „innowacja”, „zmiana” możemy być pewni, że jest to właśnie pochwała autorefleksji nad anachronizmem lokalnej kultury. Lokalnej, nie tylko w rozumieniu przestrzennym.

Inżynierowie postępu, używając określenia XIX wieku – establishment, niemal zawsze przynależą do 1% konwertytów, którzy nie potrafią zaakceptować innego świata, niż świat uniwersalistyczny. Własne dzieci wysyłają do elitarystycznych szkół, obiecując socjalistyczny, cyfrowy Eden, który nie jest już nawet kiełbasą, którą można zjeść. Proletariatyzacja wiedzy doprowadziła do zaniku jej wartości. Żyjemy w świecie uczonych biedaków. Zresztą wiedza jest stale reorganizowana. W świecie gospodarki opartej na wiedzy oznacza to niewolę nauki aż do śmierci. Naukę tego, co w nowej chwili jest już nieaktualne.

W szerszym kontekście – to nie kapitalizm, ale miasto wygrywa cywilizację. Miasto nigdy nie było miejscem. Miasto zawsze było procesem. Usieciowienie zbliża miasta i alienuje region. Liczy się proces a nie treść. Treść jest pozbawiana kontekstu poprzez niepewność desygnatów. Treść jest tylko wypełniaczem. Masą. Plasteliną, która zawsze dostosowuje się do naszych wyobrażeń. To nie jest świat, który możemy akceptować lub nie. To raczej świat, który zaczyna akceptować nas.

Barbarzyńcy nie dostrzegli wyższości wartości świata uniwersalistycznego. Świat uniwersalistyczny zabija w sposób cywilizowany. Zabija dronem. Wojownicy przyszłości, to płaczący operatorzy robotów zapełniający leżanki psychologów przed wizytą w fastfoodzie. Zabijanie kałasznikowem nie jest cywilizowane. Jest poniżej wartości uniwersalistycznych. Jest obłudne. Jest złe. Choć tak naprawdę w świecie uniwersalistycznym nie istnieje już pojęcie dobra i zła. Uniwersum zastępuje, zespala piekło i niebo, zespala ja i my, zespala tu i tam. To kategorie barbarzyńskie. Kategoria lokalna. Jak koncepcja piekła i nieba. Koncepcja miejscowa. W uniwersalizmie istnieje tylko to, co legalne i nielegalne. Jednak kiedy prawa są uchylane (legalizacja jako uświęcanie) i uchwalane w miarę potrzeb, to wczorajsi złoczyńcy stają dzisiejszymi świętymi.  Dla uniwersalizmu zarówno dobro jak i zło barbarzyńców zawsze jest złem.